Skocz do zawartości

1 raz na nowej odsłonie? | Problemy z zalogowaniem?






- - - - -

Indonezja - warany, duriany, sambal i wulkany (część 1)

Napisany przez Dark_Raptor, w Podróże, Fotografia 14 październik 2018 · 447 wyświetleń

indonezja podróż wyprawa jawa

W końcu przyszedł czas, by ponownie odwiedzić Azję. Wybraliśmy Indonezję z kilku powodów. Pierwszy, jeszcze tam nie byliśmy. Drugi, jest tam sporo miejsc, które warto zobaczyć. Trzeci, to jest to ciągle mało popularny kierunek wypraw. Czwarty, można tam spotkać dużo ciekawych gatunków bezkręgowców (być może to nawet powinien być pierwszy powód ;) ). Ze względu na ograniczony czas oraz możliwości przemieszczania się, postanowiliśmy skoncentrować się na głównej wyspie – Jawie. Indonezja ma jeszcze mnóstwo innych, równie ciekawych miejsc, np. Rinke, Sumatrę, Borneo, Flores, Papuę. Będzie więc powód, by kiedyś tam w przyszłości powrócić.
Na początek garść informacji praktycznych.

Jak się tam dostać i przemieszczać
Na Jawę dostaniemy się tylko lotniczo. Z Polski, z przesiadką w Dubaju, latają tam m.in. linie Emirates. Podróż samolotem to w zasadzie największy wydatek w trakcie wyprawy. Na miejscu można przemieszczać się na kilka sposobów. My wynajęliśmy samochód, czego odradzali nam wszyscy znajomi i nieznajomi, którzy wcześniej wyspę odwiedzili. Dlaczego, o tym zaraz. Można też wynajmować samochód z kierowcą, który obwiezie nas po lokalnych atrakcjach. Można przemieszczać się autobusami i busami (zarówno liniowymi jak i prywatnymi/czarterami). Widzieliśmy ich pełno na drogach (a czasem i w rowach ;) ). Można podróżować pociągiem, choć podobno jeżdżą niezbyt punktualnie. Jest jeszcze opcja łączona. Przemieszczać się między odleglejszymi lokalizacjami samolotem i na miejscu korzystać z wcześniejszych opcji. Jest to jednak najdroższy wariant, aczkolwiek podobno dość popularny wśród turystów.
Dodany obrazek

Jazda po Jawie
Miałem mały problem ze wskazaniem miejsca, w którym jeździło mi się najgorzej podczas naszych wypraw. Gruzja czy Indonezja? Ostatecznie i nieśmiało wygrała Gruzja, gdzie do chaotycznego ruchu, bardzo kiepskich oznaczeń dróg (w Tiblisi nawet bez drogowskazów), kiepskiego stanu nawierzchni (a czasem jej braku) dochodził tragiczny stan poruszających się po drogach pojazdów. Pomijając kwestię przyzwyczajenia się do ruchu lewostronnego, na Jawie największym problemem są korki. Pokonanie 300 km, to czasami 8 godzin podróży, często z prędkością nie przekraczającą 30 km/h. Przez korki, każdy chce jak najszybciej dostać się do celu, więc na drodze z jednym pasem ruchu mijają ciebie z prawej i lewej, czasami na trzeciego i czwartego. Wyprzedza się po nieutwardzonym poboczu, na ciągłej linii, na zakrętach, pod górkę… mijanki bywają na przysłowiową „grubość lakieru”. Światła drogowe są rzadko respektowane, a znaki poziome i pionowe służą niemal wyłącznie za ozdobę. Ogólnego chaosu dopełniają skutery, które nierzadko jadą pod prąd, busy, które znienacka przystają na poboczach oraz ciężarówki, których kierowcy nie przejmują się niczym, bo „duży może więcej”. Ogólna rada. Jak czujesz się niepewnie, lepiej nie wykonuj manewru lub przeprowadzaj go bardzo powoli. Najlepsza zasada to „rób wszystko powoli, ale na chama”. Najczęściej zostaniesz otrąbiony, ale inni uczestnicy ruchu przeważnie zatrzymają się. Indonezyjczycy dość ostrożnie obchodzą się ze swoimi wozami i spędzają sporo czasu na ich codziennym pucowaniu. Wolą unikać rys na karoserii, nie to co w Gruzji ;)
Dodany obrazek

Sieć dróg jest dość dobrze rozwinięta, ale są w bardzo różnym stanie. Od nowiutkich, szerokich autostrad po ulice, gdzie człowiek składa lusterka w obawie, że o coś zahaczy i krętych górskich dróg bez żadnych poboczy, z przepaścią z jednej i skalną ścianą z drugiej strony. Nawet na głównych, krajowych arteriach drogowych znajdziemy miejsca, gdzie nawierzchnia jest w opłakanym stanie. Dziury, muldy, kamienie. Trzeba mieć się ciągle na baczności. Na szczęście niska prędkość jazdy w korkach skutecznie zapobiega większym wypadkom ;)
Dodany obrazek

W kwestii autostrad. Ich sieć jest najlepiej rozbudowana w okolicach Dżakarty. Im dalej na wschód, tym bardziej są „porwane” i poprzecinane odcinkami kiepskich dróg krajowych. Warto jednak zaznaczyć, że bardzo intensywnie są rozbudowywane i zdarzało się, że nawet na naszych mapach ich nie było, a można było się nimi przemieszczać. Autostrady są płatne. Płaci się na bramkach, a cena zależy od pokonanych odcinków. Od 4000 rp do 200000 rp. Już na lotnisku warto kupić sobie kartę „E-toll”, którą można doładowywać w sieciowych sklepikach spożywczych i na stacjach benzynowych. Ułatwia to płacenie na bramkach, a jeśli na karcie zostaną jakieś środki, można jej użyć w sklepie jak normalną kartę kredytową.
Dodany obrazek

Warto jeszcze wspomnieć wszędobylską instytucję „chorągiewkowego”. Jest to często pracownik ochrony, policjant lub zwykły człowiek, który umożliwia włączenie się do ruchu spod sklepu, zawrócenie na drodze, a czasem działa zamiast sygnalizacji świetlnej machając taką chorągiewką (lub po prostu ręką). Zwyczajowo, w trakcie wykonywania manewru, trzeba taką pomoc nagrodzić. Najczęściej kwotą 2000 rp. Bywa, że jest to jedyna szansa, aby w gęstym ruchu mieć możliwość skręcić w prawo lub zjechanie z pobocza na pas.

Ludzie
Indonezja to kraj muzułmański. Zważywszy jak postrzega się tę religię na zachodzie, ludzie oczekujący tu tłumu brodatych, owiniętych w arafatki, wściekłych terrorystów z kałachami, mogą poczuć się zawiedzeni :D Prawda jest taka, że choć spotkaliśmy się z różnymi, bardzo skrajnymi informacjami o Indonezyjczykach, ostatecznie możemy potwierdzić, że są równie przyjaźni jak Malezyjczycy, którzy byli dla nas wzorem gościnności. Czasami bywali aż męczący. Ciągłe pozdrawianie i rzucane co chwila „hello mister!”, „how are you?”, „what is your name?”, po raz pięćdziesiąty z rzędu, zaczyna wkurzać. W naszym przypadku problem potęgowało dziecko. Dziwnym trafem, w Azji biały bobas traktowany jest jak coś, co przynosi szczęście i każdy stara się go dotknąć. Gdziekolwiek się pojawialiśmy z dzieckiem w nosidle, zaraz wzbudzaliśmy sensację. Zamiast robić zdjęcia krajobrazów czy świątyń, ludzie woleli robić sobie selfie z nami lub Tymonem. Z negatywnych rzeczy warto też wspomnieć zawyżanie cen w stosunku do miejscowych, często oficjalnie usankcjonowane oraz chęć kombinowania. Jednak w przeważającej większości przypadków spotykaliśmy się z dobrą stroną indonezyjskiej gościnności. Doskonałym przykładem była sytuacja podczas nocnej wyprawy na Wulkan Bromo, gdy nasze dziecko zaczęło płakać. Zaraz ktoś przyniósł mu ciasto, ktoś zaproponował koc, ktoś inny miejsce przy ogniu. Ktoś nawet zaczął śpiewać kołysankę. Bardzo to nas podbudowało.

Generalnie dużo osób nie mówi po angielsku. W większości miejsc da się jednak dogadać korzystając z translatora Google (był bardzo pomocny) i zapisywania kwot na karteczce lub kalkulatorze.
Dodany obrazek


Jedzenie
Jeśli mielibyśmy stworzyć listę azjatyckich krajów pod kątem jedzenia, to Indonezja znalazłaby się gdzieś w środku stawki ze względu na jego różnorodności i smaczności. Nie jest tak bogato jak w Tajlandii, nie jest tak dobre jak w Malezji, ale podobno znacznie lepsze niż na Filipinach (może kiedyś to sprawdzimy). Podstawę stanowią ryż, makaron, jajko, kurczak, kaczka i ryby. Królują różne odmiany smażonego ryżu/makaronu, podawane na ostro z odrobiną mięsa i warzyw. Jest sporo fajnych zup. Jedyne co przeszkadza, to miejscowe kurczaki, które są tak chude, że w zasadzie jedząc obiera się odrobinę mięsa z kości. Indonezyjczycy serwują też strasznie słodzone herbaty i kawy. Gdziekolwiek je zamawialiśmy, staraliśmy się o to, by były bez cukru.
Dodany obrazek
Dodany obrazek

W Indonezji można też spróbować wielu egzotycznych owoców. Koniecznie powinny się wśród nich znaleźć chlebowce, różne odmiany bananów (zwłaszcza polecamy suszone, smażone w słodkiej panierce, sprzedawane jako słodycze), salaki, longmany, duriany. Uwaga, w przypadku tych ostatnich, ze względu na odrażający zapach, ich transport i spożywanie jest niedozwolone w wielu miejscach.
Korzystaliśmy głównie z przydrożnej gastronomii. Tylko kilka razy odwiedziliśmy „normalną” restaurację. Cena pojedynczego dania waha się w zakresie 4-10 zł (12000-30000 rp). Kawa lub herbata do posiłku to ok. 1,5-2 zł (4000-7000 rp). Sporo produktów kupowaliśmy w sieciowych marketach (Indomaret, Alfamart). Obowiązkowo kupuje się tu dużo płynów. Miejscowy, dwulitrowy izotonik, kosztuje ok. 6,5 zł (20000-23000 rp). Jeśli jest taka możliwość, warto spróbować produkowanej tu najdroższej kawy świata, „kopi luwak” (ponad 1000$ za kilogram). Powstaje w mało apetyczny sposób, bo są to ziarna kawy, które wcześniej przeszły przez układ pokarmowy cywety. Ciężko ją dostać, ale ma specyficzny smak, pozbawiony kawowej kwaskowatości.
Dodany obrazek
Dodany obrazek
Dodany obrazek
Ponieważ Indonezja to kraj wybitnie muzułmański, ciężko tu o alkohol. W zasadzie poza dużymi miastami nie znajdziemy tu żadnych trunków zawierających choćby odrobinę procentów. W Dżakarcie, w dużych centrach handlowych, znajdziemy jednak półki z piwami i winami. Są jednak dość drogie i najczęściej w małolitrażowych pojemnikach.


Noclegi
Planowaliśmy nocowanie w namiotach pod chmurką i udało się… ale tylko na pierwszym noclegu. Był to jednocześnie nasz ostatni nocleg pod namiotem w Indonezji, a dlaczego? Okazało się, że kempingi, czy „kampsajty” są w Indonezji czymś zupełnie innym niż w Europie, czy Afryce. W zasadzie nie istnieją. Są to najczęściej miejsca zapewniające różnego rodzaju aktywności – wycieczki, wspinaczki itp. z noclegiem pod namiotem, jako dodatkową atrakcją. Gdy próbowaliśmy załatwić sobie normalny nocleg, spotkaliśmy się ze spiętrzaniem różnych problemów. Próbowaliśmy w trzech miejscach. Ostatecznie udało się przenocować w jednym z nich, ale za kwotę ponad cztery razy większą niż dla zwykłego Indonezyjczyka. Ostatecznie wyszło nam ponad 75 zł od osoby, niezależnie od dodatkowych opłat. Kemping nie miał wielu udogodnień, ale przynajmniej obfitował w ciekawą faunę.
Dodany obrazek

Od tego momentu całkowicie zmieniliśmy strategię nocowania. Noclegi, w okolicy w której zamierzaliśmy się zatrzymać, wpierw wyszukiwaliśmy przez Internet. Najczęściej wybieraliśmy homestay’e, czasem hotele. Ceny i standard były bardzo różne. Od obskurnego pokoiku z łóżkiem i wiatraczkiem, kibelkiem „na Małysza”, po apartament z klimatyzacją, standardową toaletą z prysznicem i ciepłą wodą. Koszty – od 15 do 40 zł za osobę.
Dodany obrazek


Komunikacja
Na lotnisku można za kilkadziesiąt złotych kupić kartę SIM z pakietem minut i kilku gigabajtów Internetu. Warto wcześniej sprawdzić, który operator ma najlepszy zasięg, bo jest z tym bardzo różnie. My, wraz ze znajomymi, kupiliśmy karty „My Xl”, ale mamy bardzo mieszane odczucia z nimi związane. Przez tydzień nie było żadnych problemów. Dzwoniliśmy, korzystaliśmy z pakietu danych (5GB). Po tygodniu wyskoczył błąd sieci na jednej karcie. Dało się dzwonić, ale korzystać tylko z darmowego Facebooka i strony operatora. Wykorzystaliśmy tylko ok. 2GB i strona ciągle pokazywała sporo dostępnego transferu. Jednak nic nie dało się z tym zrobić. Pod koniec 3 tygodnia na 20 minut Internet się włączył, ale to był tylko moment. Ten sam problem pojawił się na drugiej karcie po dwóch tygodniach. Na koniec wyprawy zostaliśmy więc bez sieci, co bardzo utrudniło nam poruszanie się (korzystaliśmy często ze śledzenia korków w nawigacji) i znajdywanie noclegów oczywiście. W Dżakarcie uratowało nas dopiero darmowe WiFi w McDonaldzie.


Podróż

Dzień pierwszy
Wylądowaliśmy w stolicy Indonezji w samym środku dnia. Przywitał nas niesamowity gorąc i duża wilgotność powietrza. Padający przez kilkadziesiąt sekund deszcz, zdążył zupełnie wyparować, zanim opuściliśmy halę przylotów. Potrzebowaliśmy kilku dłuższych chwil, aby rozgryźć system zamawiania taksówek (trzeba z automatu pobrać bilecik) i w miarę szybko zajechaliśmy na miejsce naszego pierwszego noclegu. Po drodze uważnie patrzyliśmy na ruch w Dżakarcie, chaotyczny, ogromny, ale jakoś działający. W dniu jutrzejszym przyjdzie się nam z nim zmierzyć osobiście. Podpatrywaliśmy więc jak radzi sobie z nim zawodowy kierowca. Nie wyglądało to najgorzej, więc byliśmy dobrej myśli…

Wieczorem wyskoczyliśmy na miasto, aby zjeść coś w jednym z małych, przyulicznych kramików. Powrót do znajomych, azjatyckich smaków… i znów te ostre sosy sambal, palące dwa razy po zjedzeniu… mniam :)
Dodany obrazek


Dzień drugi
Wyruszyliśmy z samego rana na lotnisko, gdzie czekał na nas pracownik wypożyczalni. Procedura odbioru samochodu potrwała drobną chwilę i po zapakowaniu się, zaraz ruszyliśmy w samą paszczę lwa… korki Dżakarty. Przedarliśmy się południowym ringiem, spędzając mnóstwo czasu w długim sznurze samochodów. Jednak gdy tylko wyrwaliśmy się poza obręb miasta, udało się już jechać z w miarę równą szybkością. Wszystko do czasu aż wskoczyliśmy na pośledniejszą drogę, gdzie trzeba było znowu zdjąć nogę z gazu. Powoli toczyliśmy się krętymi drogami, mijając Bogor i kolejne, małe miejscowości. W jednej z nich zatrzymaliśmy się. Szukaliśmy zaznaczonej na mapie plantacji herbaty, którą chcieliśmy obejrzeć. Ruszyliśmy z buta na pobliskie pola ryżowe, bo okazało się, że plantacji nie ma. Całe szczęście okolica obfitowała w liczne rośliny i zwierzęta, tak więc wypad nie był bezowocny. Wśród wysokich traw królowały pająki, prostoskrzydłe i motyle.
Dodany obrazek
Dodany obrazek

Ponieważ straciliśmy dużo czasu w drodze, zaczęliśmy szukać miejsca na nocleg. W pierwszych, wydawałoby się obiecujących lokalizacjach nie znaleźliśmy nic ciekawego. W końcu, w Cibodas, znaleźliśmy coś, co wydawało się kempingiem. Musieliśmy negocjować w trzech miejscach, by w końcu znaleźć ofertę, która choć trochę nam pasowała. Niestety, ceny proponowane przez właścicieli/administratorów obiektów były i tak horrendalne. Wyszło, że wg. oficjalnego cennika, płaciliśmy trzy razy więcej niż miejscowi. Po podsumowaniu całej podróży, okazało się, że był to najdroższy nocleg podczas naszej podróży i jednocześnie jedyny jaki spędziliśmy pod namiotem. Całe szczęście okolica była bardzo ciekawa, gdyż pole namiotowe sąsiadowało z lasem porastającym okoliczne wulkany. Nocna wędrówka z latarkami pozwoliła nam zaobserwować sporo ciekawych chrząszczy, żaby i różne pajęczaki. Jedyny mankament tej miejscówki, to brak jakiegokolwiek prysznica. Cóż… czasem trzeba zrobić sobie „Dzień Dziecka” ;)

Dodany obrazek
Dodany obrazek
Dodany obrazek
Dodany obrazek
Dodany obrazek
Dodany obrazek


Dzień trzeci
Rano ruszamy, a w zasadzie wleczemy się krajową 11tką, a później 3ką w kierunku Bandung. Objechaliśmy miasto i dotarliśmy do naszego celu – Soreang. W tej małej, ale zatłoczonej mieścinie, wynajęliśmy nocleg dla czterech osób na dwie noce. Kiedy wszystko wydawało się dograne, okazało się, że jest jednak problem z naszą rezerwacją. Choć na stronie rezerwacji wszystko było jasno opisane, a po potwierdzeniu noclegu pieniądze zostały pobrane z naszego konta, właściciel hotelu stwierdził, że musimy jeszcze sporo dopłacić. Okazało się, że niepoprawnie wystawił noclegi na serwisie. Nie zaznaczył dostępności pokoi, a tylko liczbę osób mogących nocować. Zapłaciliśmy więc za cztery osoby, tak jak było to dostępne w serwisie, ale okazało się, że chce on pieniędzy za każdy pokój z osobna (ma na stanie tylko pokoje dwuosobowe). Ostatecznie udało się jakoś dogadać, więc mogliśmy w końcu skorzystać z dobrodziejstw klimatyzacji, prawdziwego kibelka, ciepłego prysznica i WiFi! :) Umyci i zadowoleni ruszyliśmy wieczorem na pobliski targ, gdzie zaopatrzyliśmy się w różne egzotyczne owoce. Oczywiście wzbudzając wszędzie sensację ;) W beczce miodu, łyżką dziegciu okazały się tylko wszędobylskie mrówki, dopierające się do naszego jedzenia.


Dzień czwarty
Celem na dziś był Kawah Putih, czyli Biały krater. Pierwszy wulkan na naszej liście. Godzinna jazda krętymi, wąskimi drogami i docieramy na parking leżący w najbliższym sąsiedztwie tej lokalnej atrakcji. Mając już spore doświadczenie z wulkanicznymi miejscami na Islandii nie przypuszczaliśmy, że coś może nas tu zaskoczyć. Krater nie stanowi żadnego wyzwania pod kątem wspinaczki lub pieszej wędrówki. W zasadzie na jego dno można niemal zjechać wózkiem inwalidzkim. Problem stanowią jednak wulkaniczne wyziewy. O ile na Islandii stanowiły tylko swojski „smrodek” siarkowodoru, tu zapach jest bardziej intensywny, wręcz czuje się jak siarka dosłownie wgryza się w nozdrza, gardło i oczy. Już po kilku minutach łapią człowieka krótkotrwałe napady kaszlu. Ponieważ byliśmy z małym dzieckiem, szybko postanowiliśmy wycofaliśmy się na górę. Osoby z chorobami dróg oddechowych nie powinny schodzić w pobliże krateru, a osobom zdrowym nie zaleca się przebywania w jego pobliżu dłużej niż kwadrans.
Dodany obrazek
Dodany obrazek

Co jednak warto zobaczyć? Kawah Putih, jak sama jego nazwa - „biały krater” wskazuje, jest biały. Zawdzięcza to odkładającej się dookoła kaldery siarce. Woda, wypełniająca kalderę, ma biało-błękitną barwę. Choć nazywanie tego wodą nie jest zbyt prawidłowe. To raczej wodny roztwór kwasu siarkowego. Spora część pobliskiej roślinności została zabita przez wulkaniczne wyziewy. Ich uschnięte kikuty sterczą oskarżycielsko z podłoża. Przy samym kraterze jest też kilka punktów widokowych. Warto odwiedzić ten, do którego prowadzi ścieżka idąca od południa, obok dużej plantacji herbaty. Roztacza się z niego piękna panorama na całą kalderę i okolice.
Dodany obrazek
Dodany obrazek
Dodany obrazek
Dodany obrazek

Wracając z Kawah Putih pobuszowaliśmy jeszcze w lesie porastającym stoki wulkanu. Było tam jednak tak sucho, że nie znaleźliśmy niemal nic ciekawego. Z dodatkowych, lokalnych atrakcji można wspomnieć ekstensywną plantację kawy. Znajduje się ona niemal przy samej bramce / kasie, tuż przy stanowisku gdzie startują busy jadące w kierunku krateru.
Wieczorem znów wpadliśmy na targ. Tym razem mieliśmy okazję przypomnieć sobie smak durianów. Choć zapach niektórych zwala z nóg, smak mają wyborny. Na koniec dnia spakowaliśmy się, gdyż w dniu jutrzejszym mieliśmy pokonać spory kawał drogi.
Dodany obrazek


Dzień piąty
Wystartowaliśmy tuż przed świtem. Wlekliśmy się długo 5tką, by wreszcie w okolicy Palimanan wskoczyliśmy na autostradę. Dobra droga skończyła się przed Tegal i znów musieliśmy wbić się na zatłoczoną 1kę. Przebijaliśmy się tak przez koszmarne korki, aż dotarliśmy do leżącego na wybrzeżu Pekalongan. Tam już mieliśmy zaklepany apartament.
Dodany obrazek


Wieczorem przespacerowaliśmy się jeszcze po pobliskim targu batików (podobno Pekalongan to stolica tego materiału). Sprzedawcy prześcigali się, abyśmy wybrali któryś z ich produktów. Jednak bezowocnie. Obejrzeliśmy tylko lokalny meczet i odwiedziliśmy restaurację. Naszemu posiłkowi towarzyszyły liczne gekony, biegające po ścianach i sufitach. Niestety, w nocy dał o sobie znać charakter położenia naszego noclegu. Powietrze było lepkie od wilgoci, temperatura wynosiła ponad 30 °C. Pobliskie, zalane wodą pola ryżowe spowodowały, że dopadły nas hordy komarów. Nie dało się spać bez moskitiery.
Dodany obrazek

Dzień szósty
Ruszyliśmy dalej na wschód. Ciągła jazda zakorkowaną 1ką nie jest warta dłuższego opisu. Koło Semarang przeskoczyliśmy na 14tkę i odbiliśmy ostro na południe. Niemal pod wieczór zajechaliśmy w okolice Yogyakarty. Naszym celem w tej okolicy była buddyjska świątynia Borobudur, jeden z obiektów znajdujących się na liście światowego dziedzictwa UNESCO. Gdy tylko dotarliśmy na miejsce noclegu i zostawiliśmy swoje bagaże, ruszyliśmy w kierunku świątyni. Choć miejsce wygląda ładnie, obłędne tłumy turystów mocno dają się we znaki. Nieprzebrany tłum gniecie się na stromych schodach, kręci po murach i przy każdej ze świątyń. Łażąc po okolicy szybko zdaliśmy sobie sprawę, że to nie starożytne mury, a Tymon stał się tu główną atrakcją. Co chwila ktoś ukradkiem robił sobie z nim zdjęcia, czasem prosił o zapozowanie, a czasem niemal „porywał” dziecko, aby strzelić sobie „sweet focię” z białym bobasem. Na szczęście młody był cierpliwy i wszyscy jakoś to przetrwaliśmy.
Dodany obrazek
Dodany obrazek
Dodany obrazek

W nocy zrobiliśmy sobie jeszcze małe polowanie w pobliskim ogrodzie. Dookoła szwendały się różne owady i pająki. Tam gdzie się tylko dało, zrobiliśmy zdjęcia. Po raz pierwszy mieliśmy tu też okazję zetknąć się z prawdziwym, latającym smokiem, czyli jaszczurką z rodzaju Draco. Niestety jest to strasznie ruchliwe i bojaźliwe zwierzę. Udało mu się strzelić zaledwie kilka niezbyt ostrych zdjęć.
Dodany obrazek
Dodany obrazek
Dodany obrazek
Dodany obrazek
Dodany obrazek


Dzień siódmy
Ruszamy dalej na wschód. Jadąc 15tką zahaczamy o kolejny „gwóźdź programu”, czyli następną hinduską świątynię z listy UNESCO – Prambanan. Jest to zdecydowanie ciekawsze miejsce niż Borobudur. Przede wszystkim kompleks świątynny jest bardziej urozmaicony i ładniej położony. Dzięki temu, że jest bardziej rozległy, ma się wrażenie znacznie mniejszego natłoku ludzi. Spotkaliśmy tu po raz pierwszy grupę Polaków, robiących objazdówkę po tej części Azji, na których wpadaliśmy przez kilka kolejnych dni w różnych miejscach Jawy.
Dodany obrazek
Dodany obrazek
Dodany obrazek

Przez kolejne godziny telepaliśmy się 15tką koło Sragen i Ngawi. Dopiero koło ostatniej miejscowości wbiliśmy na autostradę. W końcu dojechaliśmy do Nganjuk, gdzie udało nam się znaleźć fajny nocleg. Wieczorem odwiedziliśmy lokalną restauracyjkę, gdzie uraczyliśmy się smażonym sumem.


Dzień ósmy
Jedziemy dalej 15tką. Koło Surabai pogubiliśmy się na miejscowym węźle drogowym. Nawigacja, która wskazała nam błędny zjazd, walnie się do tego przyczyniła. Zabawne, że i tak zgubimy się tu jeszcze raz, tym razem w drodze powrotnej. Przeskakujemy na 1kę, oczywiście zatłoczoną jak diabli, i pełzniemy prosto na południe. W okolicy Pasuruan wskoczyliśmy na lokalną drogę w kierunku Bromo. Niestety, musieliśmy kilka razy zawracać z trasy, gdyż zupełnie niespodziewanie trafialiśmy na zablokowane przez remonty drogi. W końcu jednak udało się. Przebijając się przez małe wioski, ulicami zdegradowanymi tak, że wymagały niemal pojazdu z napędem na cztery koła, docieramy do górskiego miasteczka Wonokitri. W miarę szybko znaleźliśmy tu nocleg. Warto go dokładniej poszukać, bo rozrzut cen jest tam spory. Miłą odmianą od dotychczasowych noclegów jest też lokalny, górski mikroklimat. Przez niemal cały dzień jest pochmurnie, czasem pada nawet deszcz, a temperatura sięga maksymalnie 25 stopni. Odwiedzamy przy okazji lokalne targowisko, jemy smaczny obiad w restauracyjce prowadzonej przez sympatyczne „babcie” (przypilnowały nam nawet podczas posiłku dziecko), łazimy po okolicy. W nocy przeszkadza nam tylko rozklekotany głośnik, nadający kilka razy modlitwę z pobliskiego meczetu.
Dodany obrazek
Dodany obrazek


Dzień dziewiąty
Tego dnia dzieje się niewiele. Łazimy po okolicy, fotografujemy pająki i owady. Odpoczywamy. Jemy. Śpimy. I tak w kółko ;)
Dodany obrazek
Dodany obrazek
Dodany obrazek
Dodany obrazek
Dodany obrazek

Ciąg dalszy, w następnym wpisie...
https://www.terrarium.pl/blog/16/entry-656-indonezja-warany-duriany-sambal-i-wulkany-czesc-2/






Ostatnie komentarze

Przeszukaj mój blog

użytkownicy przeglądający

0 zarejestrowanych terrarystów, 0 gości, 0 anonimowych terrarystów

Ostatni odwiedzający




© 2001-2018 Copyright by terrarium.pl. Korzystając z serwisu akceptujesz pliki cookies (punkt 1.8 regulaminu).