Skocz do zawartości

Nie lubisz reklam?  
1 raz na nowej odsłonie? | Problemy z zalogowaniem?






* * * * * 1 głosów

Piachem po oczach, czyli Namibia po raz wtóry... część 1

Napisany przez Dark_Raptor, w Podróże, Fotografia 20 stycznia 2020 · 950 wyświetleń

namibia wyprawa podróż plener afryka fotografia ekspedycja
Ktoś ukuł kiedyś powiedzenie „zostać ugryzionym przez Afrykę”, w takim znaczeniu, że gdy raz znajdziesz się w „prawdziwej”, subsaharyjskiej Afryce coś sprawi, że koniecznie będziesz tam chciał wracać. Faktycznie, coś jednak w tym jest. Gdy zastanawialiśmy się nad celem naszej kolejnej wyprawy, zwłaszcza że naglił nas termin drugich urodzin syna przed którymi jeszcze nie musiał płacić za bilety lotnicze, ponownie, niemal bez namysłu i jednogłośnie wybraliśmy Namibię.

Ponieważ zeszłoroczny wyjazd pozwolił przetrzeć pewne drogi i mieliśmy gotowe rozwiązania, dość szybko i sprawnie ogarnęliśmy kwestię wizy, różnych papierów, formularzy i wynajmu samochodu. W zasadzie wszystko wydawało się zmierzać ku kolejnej, fajnie i dobrze zorganizowanej wyprawie. Kto by pomyślał, że wcale tak być nie miało… ale o tym później.

Zanim jednak opiszemy nasze perypetie, warto przytoczyć kilka podstawowych informacji. Część szczegółów to troszkę kopiuj + wklej z poprzedniego sprawozdania, ale nie każdy ma ochotę się przez niego przekopywać, zatem w skrócie.

Wizy można załatwiać przez ambasadę w Berlinie (http://www.namibia-botschaft.de/). Koniecznie trzeba mieć przynajmniej 5-6 tygodni w zapasie przed terminem wyjazdu. Wizy mogą być jednokrotnego i wielokrotnego wjazdu (np. jeśli planujemy odwiedzenie przy okazji RPA, Angoli lub Botswany), te drugie są jednak droższe. Te pierwsze kosztowały pod koniec 2018 roku 80 Euro. Przed wysłaniem wniosków wizowych warto mieć już wynajęty transport i zaplanowane noclegi oraz zaplanowany wylot. Trzeba te informacje podać wraz z wnioskami, choć tak jak w naszym przypadku, plan nie musi być ścisły (bo my np. zamiast Etoszy planowaliśmy początkowo zwiedzanie południowej części kraju). To co warto zaznaczyć, od sierpnia 2019 r. istnieje możliwość wyrabiania wizy turystycznej bezpośrednio po przylocie na lotnisko (i na razie tylko tam!) Hosea Kutako International Airport w Windhoek. Koszt to 1080 NAD (można też płacić południowoafrykańskimi Randami). Najlepiej mieć ze sobą gotówkę i dodatkowo 4 zdjęcia paszportowe, dołączane do wniosku. Jest to spore ułatwienie, bo dotychczas wyrobienie wizy wymagało wysyłania wszystkich dokumentów do Berlina lub Moskwy i całość zajmowało kilka tygodni.

Wynajęcie samochodu nie jest dużym problemem. Można to zrobić przez Internet w jednej z sieciówek na lotnisku. Koniecznie powinno być to auto z napędem na cztery koła, najlepiej jednak przynajmniej jakiś SUV z dobrym zawieszeniem i większym prześwitem. Obok klasycznych wypożyczalni, funkcjonują też wyspecjalizowane firmy zajmujące się wypożyczaniem terenówek z całym wyposażeniem biwakowym – namiotami, śpiworami, kuchenką, turystyczną lodówką itp. Jest to znacznie droższa opcja niż wypożyczenie samego samochodu, ale dzięki temu nie musimy tego ekwipunku brać ze sobą z kraju. Przed odbiorem wozu trzeba koniecznie sprawdzić jego stan i dokładnie odnotować wszelkie rysy, pęknięcia i to co znajduje się na jego stanie (z gumowymi wycieraczkami włącznie). Przy odbiorze nie będzie wtedy większego problemu, że czegoś wcześniej nie było. Z naszego dotychczasowego doświadczenia wynika, że przy zdawaniu samochodu pracownicy wypożyczalni nie przykładają szczególnie dużej wagi do jego bardzo starannego wyczyszczenia. Najczęściej wystarczało jego „odkurzenie” we własnym zakresie i oczywiście zatankowanie do pełna (najlepiej jeszcze w Windhoek, gdzie paliwo jest tańsze).

Dodany obrazek

Drogi w Namibii to głównie drogi nieutwardzone. Jest na nich sporo kamieni, odcinków piaszczystych, dziur lub uskoków. Czasem może się zdarzyć konieczność przejechania przez strumień lub rzekę (nam tylko raz trafiło się trochę błota). Na głównych trasach, bardzo dobrze utrzymanych, jest trochę fotoradarów, a za złamanie przepisów sporo się płaci, tak więc noga z gazu. W terenie bardzo łatwo o utratę przyczepności i wypadek, a w skrajnej sytuacji nawet o dachowanie. Kilka takich gratów po drodze widzieliśmy. Jeśli zdarzy się nam taka sytuacja w mało uczęszczanym terenie, może być duży problem.

Dodany obrazek

Samochód powinien posiadać koniecznie podstawowe wyposażenie. Koło zapasowe to coś, co trzeba absolutnie posiadać, jeśli masz większą terenówkę, najlepiej mieć dwa. Jadąc, praktycznie na każdym kilometrze widać resztki opon na poboczu lub całe koła leżące w piachu lub nawet powieszone na drzewie. Gdy stracisz oponę i jedziesz na zapasie, masz trudną sytuację. Spotkaliśmy raz na trasie ekipę, która przebiła w jednej chwili 3 koła, najeżdżając na połamane konary akacji. Nam zdarzyło się złapać flaka tylko raz na każdej wyprawie, ale czytaliśmy o przypadkach nawet kilkukrotnego przebicia opon podczas jednej trasy. Na szczęście, jeśli uszkodzenie jest małe, zaklajstrować taką dziurę można na każdej stacji benzynowej. Nawet w mniejszych wioskach, w pobliżu sklepów lub farm, potrafi się znaleźć znikąd domorosły wulkanizator.

W kwestii noclegów. Jeśli ma się pieniądze i lubi trochę więcej luksusu, można spędzić noc w „lodżiach”. Są to najczęściej domki ze wszystkimi wygodami. Można je napotkać w pobliżu ważniejszych miejsc turystycznych. Potrafią je także oferować większe farmy, a nawet lokalne społeczności. Kempingi to opcja ekonomiczna, ale przeważnie o bardzo dobrym standardzie. Na większości znajdziemy wszystko czego potrzeba – miejsce do spania, źródło wody, prądu, kosz i palenisko. Praktycznie niemal każdy kemping posiada swój basen (jednak przeważnie z bardzo mocno chlorowaną wodą) jak i przybytki sanitarne – prysznice z ciepłą wodą i spłukiwane sanitariaty.

Dodany obrazek

W kwestii szczepień. Nie ma obowiązkowych. Jednak dla świętego spokoju najlepiej mieć typowy „zestaw”: WZW A i B, tężec, błonica, polio, dur brzuszny. Podróżując w porze deszczowej, czyli tak jak my, warto pamiętać o możliwości zachorowania na malarię. Najlepiej więc działać zapobiegawczo i korzystać z repelentów, moskitier itp. ekwipunku, ew. można brać też leki osłonowe, np. Malarone, jednak mogą mieć one dość silne działanie uboczne. A na komary trzeba tam uważać, bo działają zupełnie inaczej niż u nas. Nie kręcą się długo i głośno nie pobrzękują. Po prostu podlatują pojedynczo, kąsają szybko i krótko. Można czasem nie zorientować się, że zostało się ukąszonym. Dodatkowo, jeśli planujesz lub spodziewasz się bliższego kontaktu ze zwierzętami takimi jak ssaki, warto pomyśleć o szczepieniu przeciw wściekliźnie. W niektórych rejonach kraju to bardzo poważny problem.

W kwestii pieniędzy. Wbrew pozorom, najlepiej opłacało się wymienić walutę (dolary amerykańskie na dolary namibijskie - NAD) na lotnisku, w oficjalnym banku Namibii (Bank of Namibia). Procedura wymiany to trochę droga przez mękę… dużo papierków, kserowanie paszportów i te sprawy… Przynajmniej banknoty mają ładne i mogą służyć za przewodnik podczas safari ;) W Namibii honorowane są też południowoafrykańskie Randy, wymieniane w stosunku 1:1. Kantory i banki znajdziemy w większych miastach, tam też możliwe jest płacenie kartą.

Zakupy. Ceny są na podobnym poziomie lub trochę wyższe niż w Polsce. W pobliżu większych miast znajdziemy duże centra handlowe, najczęściej świetnie wyposażone. W małych miejscowościach, najczęściej przy stacjach benzynowych, znajdziemy przeważnie podstawowe produkty. Woda jest jednym z najważniejszych. Bywa dość droga, czasem ponad 5zł za litr! Najlepiej mieć jej zawsze ze trzy pięciolitrowe baniaki, które można kupić w niemal każdym markecie. Drewna na opał nie zbieramy w terenie, bo często tego robić nie wolno, np. w parkach narodowych. Materiał opałowy jest jednak dostępny w niemal każdym sklepie, czasem zbierają go i oferują miejscowi za drobną opłatą. Kempingowe sklepiki mają najwyższe marże i można tam robić zakupy w ostateczności (choć np. w Sesriem tylko tam można kupić świeże pieczywo). Restauracje lub miejsca gdzie można coś zjeść znajdziemy raczej w dużych miejscowościach. Są też na większości kempingów, jest jednak tam dość drogo. Nierzadko małą gastronomię prowadzą też farmy, zwłaszcza w pobliżu bardziej uczęszczanych dróg. Podczas naszej wyprawy korzystaliśmy raczej z prowiantu w który zaopatrywaliśmy się w sklepach i przygotowywaliśmy na kuchence benzynowej, gazowej lub grillu.

Telefon. Jeśli już ktoś bardzo potrzebuje, najlepiej kupić kartę miejscowego operatora bezpośrednio na lotnisku. Za 17 zł otrzymujemy kod dający sporo minut, 1 GB Internetu, całość ważna teoretycznie tydzień, z możliwością przedłużania go przy pomocy kodu. Niestety, nam telefon blokował się sam po jakimś czasie i nie dało się z niego za bardzo korzystać. Poza tym w odleglejszych rejonach kraju, a w zasadzie na większości terytorium Namibii, telefonem się nie nacieszymy – telefonia ma bardzo słaby zasięg ograniczony do dużych miast i głównych dróg. Na kempingach, w miejscach o zwiększonym ruchu turystycznym, można mieć dostęp do sieci, ale tylko wykupując wcześniej specjalne vouchery.

Ludzie i bezpieczeństwo. Choć po przeczytaniu informacji na stronach naszego MSZ można się trochę przestraszyć, generalnie zdecydowana większość ludzi, których spotykaliśmy była bardzo przyjazna i pomocna. Namibijczycy są bardzo dumni ze swojego kraju i chętnie pokazują go turystom. Jedyne mankamenty podróżowania po Namibii to wszędobylska chęć zarobienia na podróżnikach. Można to zrozumieć, bo sytuacja ekonomiczna sporej grupy ludności jest nie do pozazdroszczenia, czasami jednak potrafi to być dość irytujące. No i ta wszędobylska biurokracja. Wjeżdżasz do parku, meldujesz się na kempingu, odwiedzasz jakąś atrakcję i kupujesz bilety, wymieniasz pieniądze? Wpisujesz się do opasłej księgi, podajesz pełne dane, numer samochodu, miejsce zamieszkania, dalszy cel podróży itp. Prosta czynność, jak kupno biletu, może zająć kilka minut. Po jakimś czasie człowiek się do tego przyzwyczaja. No i podobno w dużych miastach zdarzają się kradzieże. My, na szczęście, nie odnotowaliśmy ani razu takiego przypadku.

Co ze sobą zabrać? W porze suchej, czyli gdy w Polsce jest lato, a tu zima, temperatura w nocy potrafi spadać blisko 0. Warto mieć wtedy dobry śpiwór i coś ciepłego do noszenia. W porze deszczowej, tylko na wybrzeżu musieliśmy czasem nosić bluzy. W pozostałej części kraju temperatura przez całą dobę rzadko spadała poniżej 15 stopni po zachodzie słońca. W ciągu dnia koniecznie trzeba mieć coś na głowę, najlepiej z jakąś osłoną na szyję lub kapelusz z szerokim rondem. Krem przeciwsłoneczny z silnym filtrem to podstawa, podobnie okulary przeciwsłoneczne, przydatne zwłaszcza w czasie wielogodzinnej jazdy samochodem. Bardzo przyda się przejściówka do gniazdka (typ D – dawna angielska) i fajnie mieć coś do ładowania sprzętu przez gniazdka 12V w samochodzie. Mały czajnik elektryczny pozwolił nam na szybką dezynfekcję wody z niepewnych źródeł, robienie sobie kawy i herbaty, podgrzewanie jedzenia. Do tego maszynka gazowa lub benzynowa gdy trzeba coś ugotować lub usmażyć, a nie mamy dostępu do paleniska/grilla. Z butów – przydają się sandały i coś sięgającego za kostkę, jeśli planujemy trekking. Przyda się też jakaś latarka, zwłaszcza wygodna w użyciu jest czołówka. Jest szczególnie praktyczna przy nocnym buszowaniu po pustyni, gdy łowimy owady, a nieraz łatwo napatoczyć się wtedy na skorpiona (a podobno i węża). Poza aktualną nawigacją GPS, warto mieć solidną, papierową mapę. Na niemal każdą naszą wyprawę zabieramy niemieckie mapy z serii World Mapping Project (Reise Know-How). Są bardzo dokładne i odporne na uszkodzenia.

Dodany obrazek

W przypadku sprzętu fotograficznego. Obowiązkowo w torbie powinien znaleźć się teleobiektyw. Im dłuższa ogniskowa, tym lepiej (my korzystaliśmy z Tamrona 150-600/5-6.3 G1). W zasadzie przyda się wszystko – UWA (w naszym przypadku Laowa Ultra Wide Macro 15/4) i standard (u nas tę rolę pełni Nikkor 24-70/2.8) do krajobrazu, jakieś makro na bezkręgowce (braliśmy Nikkora 60/2.8). Do tego solidny statyw (zwłaszcza jeśli mamy fotografować w nocy), wężyk spustowy, filtr polaryzacyjny kołowy. Czasem można pomyśleć o filtrze połówkowym szarym. Dobrze jeśli mamy możliwość korzystania w aparacie z baterii/akumulatorków AA (paluszki), jesteśmy wtedy mniej ograniczeni koniecznością ich częstego ładowania. I koniecznie warto mieć coś do czyszczenia aparatu. Pył i piach są wszędzie w powietrzu i po powrocie trzeba koniecznie dokładnie odpiaszczyć cały sprzęt. Najlepiej przedmuchać go kompresorem, również od środka. No i karty pamięci, mnóstwo kart pamięci lub jakiś dysk lub laptop na przechowywanie danych :)

Dzięki temu, że już drugi raz wybieraliśmy się do Namibii, wiedzieliśmy już co należy zabrać, a czego raczej nie warto. Tym razem nasz wybór padł na lżejsze i mniejsze śpiwory, wzięliśmy mniej ciepłych ubrań, trochę przeorganizowaliśmy sprzęt fotograficzny i biwakowy. Całość zajęła ostatecznie mniej miejsca i mogliśmy być bardziej mobilni. Zatem na początku lutego 2019 roku zapakowaliśmy się w samochód i pojechaliśmy do Frankfurtu nad Menem, skąd startować miał nasz samolot…

Dodany obrazek

2.02
Niemieckie autostrady są nudne, więc raczej nie będziemy się o nich rozpisywać ;) Cały dzień minął nam na monotonnej jeździe po drogach naszego zachodniego sąsiada. W końcu wieczorem dotarliśmy na nasz zaklepany wcześniej nocleg we Frankfurcie. Znaleźliśmy też w pobliżu parking, prowadzony przez fajnych Turków, na którym zdecydowaliśmy się zostawić samochód w dniu następnym na całe trzy tygodnie. W dobrych humorach poszliśmy spać.

3.02
I w dobrych humorach obudziliśmy się. Odstawiliśmy samochód na parking, a jego pracownik podwiózł nas pod halę odlotów. Spokojnie przechodziliśmy odprawę, gdy nagle przy zdawaniu bagażu obsługa poprosiła nas o oryginał aktu urodzenia dziecka. Troszkę zbiło nas to z tropu, bo rok wcześniej tego od nas nie wymagano. A zostaliśmy poinformowani, że taki wymóg istnieje już od kilku lat. Choć mieliśmy przy sobie dowody osobiste, w tym również naszego dziecka z wpisanymi tam danymi rodziców, wszystkie papiery z pieczątkami ambasady Namibii (w tym ważną wizę dziecka), obsługa stwierdziła, że nie wpuści nas na pokład… zaczęła się nerwówka. Szczęście w nieszczęściu, zostawiliśmy koleżance klucze do mieszkania. Po krótkim telefonie udało się jej szybko dostać do naszego mieszkania, znaleźć wymagany dokument, sfotografować go i przesłać mailem. Pokazaliśmy go urzędnikom na telefonie, a ci kręcąc nosem, że to jednak nie oryginał uznali, że na własne ryzyko możemy lecieć. Najwyżej zawrócą nas już inni urzędnicy z lotniska w Windhoek. Wsiadaliśmy więc do samolotu z duszą na ramieniu i rysowaliśmy sobie w wyobraźni wszystkie możliwe scenariusze, łącznie z szybszym, przymusowym powrotem lub wysyłką papierów z Polski pocztą ekspresową bezpośrednio na lotnisko, na którym będziemy koczować… były to mało przyjemne wizje.

Lot trwa dość długo, bo ponad 10 godzin. O ile podczas poprzedniej wyprawy było całkiem fajnie, bo było na tyle luźno, że dało się spać na kilku fotelach, tym razem doświadczyliśmy trochę pecha. Jeden z naszych foteli nie rozkładał się, w jednym z telewizorków na którym umilają nam podróż najnowsze, kinowe filmy nie było dźwięku, a inny zawiesił się i nie działał. Do tego Tymon dał parę razy do wiwatu i albo hałasował albo trzeba było zmieniać mu pieluchę. Jednak jakoś przetrwaliśmy… Tradycyjnie, tuż przed lądowaniem, każdy pasażer otrzymał stos papierków do wypełnienia. Dość zabawna sprawa, bo te same dokumenty wypełnialiśmy już przy składaniu wniosków wizowych do ambasady. Ta biurokracja w Namibii jest upiorna i przyszło się nam z nią zmierzyć jeszcze wielokrotnie.

4.02
I w końcu wylądowaliśmy nad ranem w Windhoek. Z lekkim przestrachem wędrowaliśmy z resztą współpasażerów w kierunku okienek odprawy celno-paszportowej. Za chwilę miał zadecydować się nasz los. W okienku przywitał nas miły urzędnik. Przejrzał papiery, wbił kilka pieczątek, sprawdził załączniki… i nagle zapytał o akt urodzenia dziecka. Szybko podsunęliśmy mu komórkę ze zdjęciem dokumentu. Troszkę zdziwiony, zapytał czy nie mamy oryginału. Odpowiedzieliśmy, że na lotnisku w Niemczech to wystarczyło. Wzruszył tylko ramionami, sprawdził poprawność danych na widocznym w telefonie zdjęciu, zakończył stemplowaniem i z uśmiechem rzucił „Welcome to Namibia”! Chyba nawet nie zdawał sobie sprawę jaką mieliśmy w tym momencie radochę :)

Po przejściu odprawy wiedzieliśmy już co i jak należy dalej robić. Najpierw wizyta w kantorze i wymiana waluty (przy okazji znów wypełnianie kupy papierków). Potem załatwiamy kartę telefoniczną (na szczęście mniej papierków, ale ta tradycyjnie znów przestała nam działać po kilku dniach). Pędzimy do wypożyczalni samochodów (znów tona papierów do wypełnienia), przypominamy obsługę o foteliku dla dziecka, o którym zapomnieli podczas naszej poprzedniej wyprawy. Wychodzimy z hali odlotów, ogarnęliśmy się wyjątkowo szybko, pozostaje więc tylko zapakować się do samochodu z parkingu wypożyczalni tuż obok. Powinno pójść gładko.

…ale nie, znów zapomnieli fotelika :) Czekamy więc z godzinę. Przynajmniej możemy sobie przypomnieć jak jeździć wozem z automatyczną skrzynią biegów w ruchu lewostronnym. W końcu zjawia się pracownik ze „zgubą”. Z mniej więcej godzinnym opóźnieniem względem planowanego wyjazdu, ruszamy znajomą drogą. Tym razem chcemy przejechać tego dnia przez ponad połowę kraju, musimy się więc śpieszyć.

Ciężko opisać uczucie, gdy w środku i tak ciepłej zimy znów czuje się to gorące i suche powietrze z odrobiną piaszczystego pyłu unoszącego się wszędzie w powietrzu i zgrzytającego w zębach. Gdy widzisz te rozległe przestrzenie, akacje, krzaki, drzewka mopane… po prostu czujesz, że znów żyjesz. Tygodnie roboty w kieracie, we wszechogarniającej monotonii, przewalając się przez setki maili, telefonów, wstawania bladym świtem, teraz zostawiasz to wszystko za sobą i jedziesz przed siebie.

Ponieważ w Namibii nie możesz pozwolić sobie na to, by noc zastała ciebie w trasie, pędziliśmy drogą B1 dość żwawo (ale oczywiście przepisowo, bo fotoradary i patrole policji też się tu trafiają). Kawałek za Windhoek zrobiliśmy tylko krótki postój, aby przepakować bagaże i to co niepotrzebne schować jak najgłębiej w bagażniku, a potrzebne rzeczy umieścić gdzieś pod ręką. Kolejny postój to dopiero Rehoboth, dalej na południu. W jednym z tamtejszych marketów mieliśmy okazję napotkać mieszkających w tym rejonie ludzi, którzy sami szczycą się przezwiskiem „bękartów” (Basters) – prezentujących typowo afrykańskie rysy twarzy i niezwykle jasny kolor skóry. Pamiątka po niezwykle skomplikowanej historii Namibii.

Dodany obrazek

Pędzimy dalej, ciągle na południe. Naszym celem jest Quivertree forest na wchód od Keetmanshoop. Zajeżdżamy tam późnym popołudniem i szybko rozbijamy namiot. Udaje się nam jeszcze raz spotkać ze znajomymi gepardami, które mieszkają przy pobliskiej farmie. Po zjedzeniu kolacji, gdy tylko zapadł zmrok, ruszyliśmy ze statywem porobić trochę zdjęć. Rozgwieżdżone niebo Namibii wygląda spektakularnie. Choć ta noc była wyjątkowo krótka (wszak mamy tu środek lata) i tak znaleźliśmy jeszcze trochę czasu aby zapolować z aparatem na owady. Tradycyjnie, ostrzelały nas drapieżne chrząszcze biegaczowate z rodzaju Anthia, które w nocy ruszały na żer. Napatoczyły się też gekony i ciekawe ćmy. Niestety, praktycznie nie widzieliśmy żadnych góralków, których było tu pełno rok wcześniej.

Dodany obrazek

Dodany obrazek

Dodany obrazek

Dodany obrazek

Dodany obrazek


5.02
Pierwszy poranek w Namibii. Po śniadaniu nie odmówiliśmy sobie tradycyjnego spaceru po lesie kołczanowców. Te niezwykłe drzewa są endemitami, rosnącymi tylko w tym rejonie Afryki. Zmieniający się klimat stanowi dla nich poważne zagrożenie, a widać już że w tym roku jest znacznie więcej zamierających osobników. Pomimo porannych godzin, jest tu niezwykle gorąco i sucho, słońce pali niemiłosiernie. Niestety ten „las” praktycznie nie daje cienia. Kolejną niemiłą obserwacją, którą poczyniliśmy było to, że liczebność lokalnej populacji góralków spadła drastycznie. Rok temu widzieliśmy je na niemal każdym kroku. Skakały między skałami i śledziły nas uważnie. Tym razem napotkaliśmy może z 10 sztuk, a chyba częściej znajdywaliśmy ich wysuszone szkielety. Ocieplenie klimatu uderza w Namibię ze straszną siłą o czym mieliśmy się jeszcze przekonać wielokrotnie.

Dodany obrazek

Dodany obrazek

Pakujemy się w samochód i ruszamy dalej na południe. Drogą B4 wyjeżdżamy za rogatki Keetmanshoop i odbijamy na mało uczęszczaną D545. Okazuje się bardzo ciekawą trasą. Przejeżdżamy przez kilka całkowicie wyschniętych rzek, które powinny być o tej porze roku wypełnione wodą. Pewnym odstępstwem od tej reguły jest rzeka Lowen, która płynęła tylko dlatego, że zasilano ją ze sztucznie utworzonego zbiornika. Zasila on okoliczne uprawy i plantację daktylowców. Pędzi się tu nawet z nich alkohol.

Dodany obrazek

Dodany obrazek


Po kilkunastu kilometrach wbijamy na drogę C12, która wiedzie wśród interesujących form skalnych i zmieniających się jak w kalejdoskopie pustyń. Naszym celem jest kemping Hobas, leżący niedaleko drogi D601 i D324. Kemping, prowadzony przez państwowy zarząd parków (NWR) przeszedł niedawno remont, ale nadal część „udogodnień”, choćby kempingowy basen, ciągle w nim nie działała. Należy jednak pamiętać, że namibijskie lato to czas poza sezonem turystycznym. Lokalizacja kempingu spodobała się nam na tyle, że postanowiliśmy rozbić tu namioty natychmiast i chwilę później jechać w kierunku głównej atrakcji tego rejonu – kanionu Fish River.

Dodany obrazek

Podobno, gdy ktoś widział już Wielki Kanion Colorado raczej nie będzie zachwycony tym co tu zobaczy. My, na szczęście, jeszcze nie mieliśmy okazji odwiedzić Ameryki Północnej, więc to co ukazało się naszym oczom zaparło nam dech w piersiach. Przed nami otwarła się ogromna przestrzeń, a w dole pod nami, w głębokim urwisku, wiła się rzeka. Słowo „rzeka” jest trochę na wyrost, bo był to raczej ciąg małych, wysychających, błotnistych oczek wodnych. Wszystko przez panującą tu suszę. Fakt faktem, całe otoczenie wyglądało niezwykle spektakularnie.

Dodany obrazek

Dodany obrazek

Dodany obrazek

Sprawca tego całego wysychania, czyli słońce, przypiekało coraz mocniej. Termometr w naszym samochodzie podawał temperatury w zakresie 43-46 °C. Przebywanie przez kilka dłuższych chwil bez osłony groziło przegrzaniem, a nawet udarem cieplnym. Pomimo żaru, Tymon nie bardzo chciał wędrować z nami. Bawiły go znajdywane na drodze kamienie i rośliny. Jednak po kilkunastu minutach nawet on dał za wygraną i schował się w klimatyzowanym samochodzie.

Wróciliśmy na kemping i tam postanowiliśmy spędzić resztę najgorszej spiekoty korzystając z cienia drzew. Gdy tylko słońce zaczęło chylić się ku zachodowi, znów pojechaliśmy nad kanion porobić trochę zdjęć. Zachód nad pustynią to niesamowite zjawisko. Gra świateł i cieni, zmieniające się ciągle kolory. Żadne fotografie nie są w stanie tego wszystkiego pokazać.

Dodany obrazek

Dodany obrazek

Dodany obrazek

Dodany obrazek


W nocy znów polowaliśmy na owady. Pewnym urozmaiceniem łowów były sowy, które krążyły tuż obok naszych namiotów. Mieliśmy okazję zobaczyć je z całkiem bliska.

Dodany obrazek

...a co było dalej, w następnej części.




Przeszukaj mój blog

użytkownicy przeglądający

0 zarejestrowanych terrarystów, 0 gości, 0 anonimowych terrarystów

Ostatni odwiedzający





© 2001-2020 Copyright by terrarium.pl. Korzystając z serwisu akceptujesz pliki cookies (punkt 1.8 regulaminu).