Skocz do zawartości

1 raz na nowej odsłonie? | Problemy z zalogowaniem?






* * * * * 1 głosów

Namibia - ubaw po piachy :) - część 1

Napisany przez Dark_Raptor, w Podróże, Fotografia 05 sierpień 2018 · 907 wyświetleń

namibia wyprawa podróż plener owady pająki gady fotografia afryka

Namibia, jako cel wyprawy, krążyła po mojej głowie już wiele, wiele lat temu. Zdjęcia martwych drzew w Dead Vlei, na tle czerwonych (bo bogatych w żelazo) jurajskich wydm, działały na wyobraźnię. Jednak „Afryka dzika” i do tego droga, zawsze wydawała się pozostawać poza zasięgiem.

W listopadzie 2017 roku, podczas planowania następnego wypadu, Kornelia, będąc świeżo po lekturze książki o podróżowaniu z dzieckiem, gdzie Namibia pojawiała się kilkakrotnie, wpadła na pomysł podróży w to miejsce niezależnie ode mnie. Okazało się, że da się taki wyjazd zorganizować i nie jest tak nieosiągalny jak wydawało się na samym początku…

Ustalenie trasy, zorganizowanie transportu i części noclegów, zaplanowanie listy sprzętu do zabrania, zajęło Kornelii niewiele czasu i wyglądało na to, że wszystko zmierza do szybkiej finalizacji. Jednak w pewnym momencie zorientowaliśmy się, że przecież potrzebne są jeszcze wizy. Początek grudnia, święta za pasem (a przy okazji nasz wypad za Koło Polarne), a przecież procedura może się przeciągnąć. Wszak wyjazd mamy zaplanowany pod koniec stycznia… No i jest problem. Namibia nie ma ambasady w Polsce. Wizy można załatwić tylko przez placówki za granicą. Najbliższe są w Berlinie i Moskwie. Na podstawie lektury blogów, wybraliśmy tą pierwszą i okazało się, że był to doskonały wybór. Pracownicy ambasady są niezwykle pomocni, odpowiadają na maile lub kontaktują się telefonicznie praktycznie na bieżąco. Załatwienie wszystkich formalności okazało się łatwe i przyjemne… tylko troszkę drogie. Koszt wizy to 80 Euro + koszt przesłania dokumentów w obie strony kurierem (wnioski wizowe, cała „papierkologia” i paszporty). „Papierkologia”, to mało powiedziane. Podczas załatwiania spraw wizowych mieliśmy przedsmak tego, jak wygląda biurokracja w tym kraju. Obok wniosku wizowego (2 strony licznych, szczegółowych pytań drobnym maczkiem, m.in. z informacją o stanie konta, stanie zdrowia podróżujących włącznie) trzeba wysłać też szczegółowy plan podróży, z wyszczególnieniem wszystkich planowanych noclegów, numerów kontaktowych naszych noclegów, informacją o wynajmie samochodu, ksero biletu powrotnego itp. Każdy turysta zostaje więc prześwietlony naprawdę dogłębnie… Grunt, że w 4-5 tygodni mieliśmy wizy wstemplowane w paszporty i już nie musieliśmy się o nie martwić.

Dodany obrazek

Dzień pierwszy

Wyruszyliśmy w podróż z przesiadkami, bo nie ma bezpośredniego połączenia z Polski. Tanie linie z Modlina do Kolonii. Po kilkunastu godzinach na lotnisku, bezpośredni lot do Windhuk, stolicy Namibii. Lądowaliśmy tuż przed południem. Byliśmy przygotowani na wyjątkowy upał, wszak to środek ichniejszego lata, a tu całkiem znośny gorąc… Załatwianie formalności związanych z wypożyczeniem samochodu zajęło nam ciut więcej czasu niż planowaliśmy. Primo, chcieliśmy dokładnie sprawdzić samochód, włącznie z odnotowaniem wszelkich rys i uszkodzeń. Secundo, zapomniano o foteliku dla dziecka. Zanim go sprowadzono, minęło parę chwil. Wybraliśmy Nissana X-trail z napędem na cztery koła. W zasadzie, poza głównymi drogami, innymi wozami niż 4x4 nie da się po kraju jeździć. Jakieś 80% tras stanowią drogi szutrowe lub piaszczyste, często poprzecinane strumieniami i rzekami. Asfaltowe, wąskie, ale dobrze utrzymane drogi, łączą tylko główne ośrodki miejskie. Podczas ładowania bagażu zetknęliśmy się ze zjawiskiem, które jeszcze wielokrotnie towarzyszyło nam podczas wyprawy. Pracownik wypożyczalni, a przynajmniej tak sądziliśmy, pomógł nam wrzucić bagaż do samochodu. Po skończonej pracy, czyli wepchnięciu 2 toreb, zażyczył sobie wypłaty… bo to „ochotniczy bagażowy” był. Tego rodzaju działalność, np. pomoc w czyszczeniu szyb, wożeniu zakupowych wózków itp. trafiała się ciągle i ciężko było się od takich natrętów opędzić. Nazwaliśmy to „podatkiem od białego człowieka”. Wieki kolonizacji trzeba przecież jakoś odpłacić ;)

Dodany obrazek

Dodany obrazek

Ruszyliśmy dość energicznie. Warto wiedzieć, że w Namibii nie wolno poruszać się po zmroku. Ryzyko kolizji ze zwierzętami jest wtedy bardzo duże. Żadne ubezpieczenie w takim wypadku nie działa i jeździ się tylko na własną odpowiedzialność. Dzięki temu, że w czasie naszej zimy jest tam środek lata, dni na miejscu są bardzo długie. Niestety, jeździ się w trudniejszym terenie i przy planowaniu trasy trzeba zakładać znacznie dłuższy czas podróży niż wynikałoby to tylko z odległości na mapie. Pokonując jakiekolwiek odcinki poza głównymi drogami warto mieć wóz zatankowany do pełna, wozić też ze sobą zapas prowiantu i wody. W razie sytuacji awaryjnej, możemy trochę poczekać zanim ktoś się pojawi na trasie. Pomijam, że zasięg telefonów jest tam bardzo ograniczony…
Wyjechaliśmy z lotniska. Przemknęliśmy jakoś przez zatłoczone Windhuk i szutrową drogą M49 pojechaliśmy na południowy zachód. Aby nie robić niepotrzebnej pętli, zjechaliśmy na podrzędne drogi, zbaczające bardziej na południe - D1283, D1265, D1261, na których przecięliśmy Zwrotnik Koziorożca. Na drodze D1275 zmierzyliśmy się ze stromymi zjazdami przełęczy Spreetshoogte. Prawie usmażyliśmy tam hamulce, zanim rozgryźliśmy gdzie można ustawić tryb zjazdu na automatycznej skrzyni biegów. Automat, piaski, stromizny, ryzyko przebicia opony i na dokładkę ruch lewostronny… nagromadzenie przyjemności dla kierowców aż nadto ;)

Dodany obrazek

W końcu dotarliśmy do drogi C14, przy której zatankowaliśmy paliwo w Solitaire. Nie mieliśmy za bardzo czasu na fotografowanie wraków starych samochodów zgromadzonych koło stacji, bo Słońce coraz bardziej zbliżało się do linii horyzontu. Przycisnęliśmy gaz do dechy i pędząc po 120-140 km/h po szutrze, wzburzając potężne tumany kurzu, śpieszyliśmy ku Sesriem. Trzeba było się śpieszyć. Po zmroku bramy parku są zamykane i bylibyśmy zmuszeni szukać noclegu w innym miejscu. Grunt, że zdążyliśmy! Po krótkiej wizycie na recepcji, gdzie po raz pierwszy zetknęliśmy się z miejscową „papierkologią” – wypełnianiem całej serii dokumentów, pojechaliśmy na miejsce noclegu. I tu miłe zaskoczenie. Standard kempingów w Namibii jest o niebo wyższy niż w Polsce (a przynajmniej od tego który był, gdy w latach dziewięćdziesiątych z namiotem jeździliśmy po kraju). Każde stanowisko jest wyposażone w źródło prądu (uwaga, koniecznie przed wyjazdem trzeba mieć odpowiednią przejściówkę!), źródło czystej wody, stanowisko do grillowania, kosze na śmieci i drzewo dające cień. Nasze, w bonusie, miało wielkie gniazdo wikłaczy, które umilały nam pobyt. Po prostu żyć, nie umierać!

Dodany obrazek

Dodany obrazek

Dodany obrazek

Dodany obrazek

Dodany obrazek

Gdy człowiek opiera swoją wiedzę o Afryce na podręcznikach, filmach z Animal Planet/National Geographic, może przeżyć spory dysonans. Dzikość kontynentu nie jest tak dzika, jak się powszechnie wydaje. Sawanny poprzecinały drogi i ogrodzenia, tereny bo bokach dróg są prywatnymi farmami, dzikich zwierząt jak na lekarstwo. Sama pustynia nocą jest tak ciepła, że można po niej ganiać w samych gatkach. Nie jest też pozbawiona życia, o czym ciągle przypominały szczekające u wylotów swoich norek gekony i szeleszczące szarańczaki. Największe wrażenie robi jednak namibijskie niebo. Suche powietrze, niezwykle stabilna atmosfera i przede wszystkim brak smogu świetlnego. Wszystko to powoduje, że kraj ten stał się mekką wielbicieli astronomii. Żadne ze zdjęć, które zrobiliśmy, nie oddaje ogromu i przestrzeni, która nas otacza. Dodatkowo jeszcze zgraliśmy się podczas wyprawy z tzw. superksiężycem, który powodował, że można było wszędzie chodzić bez latarki. Coś niesamowitego…

Dodany obrazek

Dzień drugi

Pobudka na środku najstarszej pustyni świata to niezwykłe przeżycie. Tylko młody troszkę marudził, bo lubi sobie pospać. Człowiek wysuwa się z namiotu, a tu zaraz obok przechadzają się spokojnie oryksy i springboki. Pod nogami widać, jak do swoich dziennych kryjówek szybko chowają się pustynne termity. Zwinne afrowiórki uwijają się przy swoich norach, wikłacze buszują w gałęziach drzew. Przyrodę widać tu na każdym kroku.

Dodany obrazek

Dodany obrazek

Dodany obrazek

To miałbyć dzień z najważniejszym punktem naszego programu, wizytą w Sossusvlei. Świeżą, wyasfaltowaną drogą, ruszyliśmy w głąb pustyni. Ponad 100 kilometrów w temperaturze powyżej 40 °C, w takich sytuacjach człowiek docenia klimatyzację samochodową. Pod koniec trasy asfalt urywa się i zmienia w wyboistą, piaszczysto-szutrową drogę. Brak doświadczenia w jeździe po piasku odbił się tym, że widząc naszą nieporadność i niepewność w jeździe, „zapolował” na nas strażnik parku narodowego. Spuścił nam część powietrza z kół, przeszkolił z jazdy po piachu (za stosowną opłatą oczywiście) i pomógł pokonać najtrudniejszy odcinek trasy. Pozostał już tylko kawałek do pokonania pieszo. Może zaledwie 3-4 kilometry, ale za to w jakich warunkach! Temperatura w cieniu dochodziła do 45 stopni, bezpośrednio przy piasku było chyba z 60-70 stopni. Niektórym uczestnikom wycieczki zaczęły się topić podeszwy… ale warto było pocierpieć. Po pokonaniu małej, piaszczystej wydmy, naszym oczom ukazuje się Dead Vlei. W całej okazałości. Pradawne rozlewisko, porośnięte drzewami, które zostało pochłonięte przez piach i po kilku wiekach odsłonięte. Sterczące, jakby zamrożone, wyschnięte pnie drzew, dodatkowo na tle kolorowych piachów, tworzą wrażenie czegoś surrealistycznego. Szybko rozleźliśmy się po okolicy, robiąc tyle zdjęć, ile się da. Zapasy wody, które mieliśmy ze sobą, kurczyły się dość szybko i w końcu musieliśmy wracać. Koło południa, gdy słońce było w zenicie, robiło się już zupełnie nieznośnie. Dopiero chwilę wytchnienia dało nam drzewo, w którego cieniu mogliśmy odpocząć. Pewnym humorystycznym akcentem w całej tej sytuacji były dwie, turystyczne toalety, stojące na krańcu świata, na środku pustyni. Tuż przed zachodem słońca pokręciliśmy się jeszcze pieszo w okolicach Sesriem, oglądając i fotografując miejscową florę. Kolejna noc, upłynęła pod znakiem obserwacji gwiazd, polowania na gekony (nawet w nocy są diabelnie szybkie) i grillowania.

Dodany obrazek

Dodany obrazek

Dodany obrazek

Dodany obrazek

Dzień trzeci

Przez większość następnego dnia planowaliśmy odpoczywać i nic nie robić. Co chwila nasze obozowisko nawiedzało stado wikłaczy, umilając młodemu zabawy w piasku. Aby jednak nie tracić dnia, zaplanowaliśmy kilka krótkich wypadów w okolicy. Pierwszy, na pobliską wydmę Elim, gdzie widzieliśmy sporo interesujących roślin i owadów. Drugą, do Kanionu Sesriem. Jest to mało znana, a dość efektowna miejscówka. Bez zapasu wody bym się tam jednak nie wybierał. Gorące, suche powietrze szybko przegania stamtąd nielicznych turystów. Najciekawszy okazał się jednak wyjazd na Wydmę 45, tuż przed zachodem słońca. Niezwykła gra światła i cienia, poruszający się ciągle w silnym wietrze piach, powodują, że wszystko sprawia dziwne wrażenie, że piasek żyje swoim życiem.

Dodany obrazek

Dodany obrazek

Dodany obrazek

Dodany obrazek

Dodany obrazek

Dodany obrazek

Dodany obrazek

Dodany obrazek

Dodany obrazek

Dodany obrazek

Dzień czwarty

Po kolejnej, spokojnej nocy ruszyliśmy na południe. Najpierw drogą C27, wśród ciągle zmieniającego się raz to pustynnego, a raz górzystego krajobrazu, aż do pętli bocznej drogi D707 odbijającej od C13. Jest tam sporo piaszczystych łach i bardzo rzadki ruch, więc polecamy tę trasę turystom z bardziej „terenowymi” samochodami. Na końcu pętli znów wpadliśmy na drogę C13, aż dotarliśmy do głównej, asfaltowej drogi B4. W niewielkim miasteczku Aus, leżącym przy linii kolejowej, zrobiliśmy małe zakupy i znów jadąc prosto na zachód osiągnęliśmy wybrzeże w miasteczku portowym Luderitz. Luderitz jest świadectwem dawnej, kolonialnej przeszłości Namibii. Poniemieckie gmachy, kolorowe i ładnie utrzymane, to główna atrakcja tej miejscowości. Tuż przy samym wybrzeżu mieści się ładnie położony kemping. Znany jest z tego, że ciężko na nim rozbić namiot, gdyż ciągle wieją silne wiatry. Nam, chyba wyjątkowo, było oszczędzone spotkać się z tym zjawiskiem.

Dodany obrazek

Dodany obrazek

Dodany obrazek

Dodany obrazek

Dzień piąty

Kolejny dzień, dalej w drogę. Po załatwieniu spraw w miejscowym banku i zatankowaniu paliwa, ruszyliśmy za miasto, aby… nagle przystanąć. Okazało się, że wiejące w nocy wiatry doprowadziły do tego, że na jedynej drodze łączącej Luderitz z resztą kraju rozsiadła się wydma. Trafiliśmy akurat na koniec odkopywania trasy, więc nasz postój nie trwał długo. Gorzej mieli chyba pasażerowie pociągu. Tory były zasypane „na amen”.

Dodany obrazek

Dodany obrazek

Pierwszym naszym celem było pobliskie Kolmanskop. Ta dawna osada górnicza (mieściła się tam kopalnia diamentów) została opuszczana w latach dwudziestych zeszłego wieku. Budynki miasteczka są powoli pożerane przez pustynię. Piach włazi oknami, przez szczeliny w dachach, ścianach i podłogach. Do niektórych pomieszczeń nie można się już dostać, gdyż są wypełnione po sufit, a piach wylewa się przez drzwi. Wrażenia z wycieczki są bezcenne, zwłaszcza że do 13.00 można to miejsce zwiedzać i fotografować bardzo tanio. Później, gdy nie ma już tak dużego ruchu, fotografowie za specjalną, powiększoną opłatą, mają to miejsce wyłącznie dla siebie.

Dodany obrazek

Dodany obrazek

Dodany obrazek

Dodany obrazek

My ruszyliśmy jednak dalej, na wschód. Trasą B4 jechaliśmy przez niegościnną pustynię, ciągnącą się jak okiem sięgnąć, aż do Keetmanshoop. W pobliskim, prywatnym rezerwacie Quivertree Forest zaplanowaliśmy następne dwa noclegi. Quivertree, czyli Kokerboom, to kołczanowiec (Aloidendron dichotomum), drzewo z rodziny aloesowatych. Jest to gatunek endemiczny, występujący tylko w południowo-zachodniej Afryce. Z jego gałęzi Buszmeni robili kołczany na swoje strzały. Roślina rośnie w ekstremalnych warunkach, zarówno pod względem preferowanej temperatury jak i zasobności gleby. Drzewo uwielbia skupiska skał silnie nagrzane słońcem. W pobliżu naszego kempingu rósł więc prawdziwy „las” tych drzew, jeśli lasem można nazwać skupiska pojedynczych kołczanowców. Wśród nich kręciły się góralki, przypominające wyrośnięte kawie (znane bardziej jako „świnki morskie”), kolorowe jaszczurki i różne gatunki ptaków. W nocy, wokół namiotów buszowały owady, z których warto wspomnieć wielkie chrząszcze biegaczowate z rodzaju Anthia. Podczas polowania na nie, zostałem niefortunnie opryskany z odległości ponad metra, prosto w twarz, mieszaniną kwasów mrówkowego i octowego. Okulary ochroniły oczy, ale skóra piekła dość długo.
Quivertree Forest jest bardzo popularną miejscówką wśród astrofotografów. Nocne zdjęcia kołczanowców na tle rozgwieżdżonego nieba są bardzo popularnym tematem miejscowych landszaftów. Niestety, za przyjemność chodzenia po lesie i fotografowania po zmroku trzeba sporo zapłacić.

Dodany obrazek

Dodany obrazek

Dodany obrazek

Dodany obrazek

Dodany obrazek


Dzień szósty
Rano, ku naszemu zaskoczeniu, w nasz namiot wpatrywały się… gepardy! Ale z dystansu i przez siatkę :)
W ciągu dnia znów buszowaliśmy wśród rozgrzanych skał lasu kołczanowców. Później odwiedziliśmy pobliski „Plac zabaw olbrzymów” – przedziwną formację na środku niczego, z interesującymi formami skalnymi, roślinami i zwierzętami. Ponieważ przypomina on trochę skalny labirynt i ciężko w środku dnia znaleźć kierunki świata, tablica informacyjna podpowiada, że w przypadku zgubienia się, warto wspiąć się na szczyt najbliższej skały i wypatrywać pomocy. Wędrówka na ślepo, w poszukiwaniu drogi, może się skończyć bardzo źle.
Wieczorem mogliśmy zapoznać się z gepardami bardziej z bliska, już bez oddzielającej nas siatki, gdyż okazały się być częściowo oswojone. Po zachodzie słońca udało nam się wykonać troszkę nocnych zdjęć lasu kołczanowego. Po zmroku robi on szczególnie ciekawe wrażenie, zwłaszcza gdy obserwuje się jak zmienia się jego otoczenie wraz z zachodzącym słońcem.

Dodany obrazek

Dodany obrazek

Dodany obrazek

Dodany obrazek

Dodany obrazek

Dzień siódmy
Nastał kolejny dzień. Dzień najdłuższej jazdy, bo w jednym „skoku” musieliśmy pokonać ponad 800 kilometrów. Przez cały dzień pędziliśmy prosto na północ asfaltową B1, by w Okahandji przeskoczyć na B2 i odbić na zachód. Jeszcze w Usakos zatankowaliśmy i zrobiliśmy szybkie zakupy, by wkrótce znów wjechać na gruntówki. Drogami D1918 i D3716 dotarliśmy do rejonu Spitzkoppe, samotnego masywu górskiego na środku pustyni. Tam czekał nas „najdzikszy” kemping podczas naszej wyprawy.
Kemping w Spitzkoppe prowadzi lokalna społeczność. Zabudowania i budynki użyteczności publicznej (toalety ze spłuczką, prysznice, restauracyjka) są tylko koło wjazdu. Na stanowiskach namiotowych, zaczynających się kilometr dalej, a ciągnące się przez kolejne kilka kilometrów, takich wygód już nie ma. Jest kosz na śmieci, palenisko, klasyczna sławojka „ze srajdołkiem” (ale czysta i schludna) i tyle. Prądu i wody nie ma, trzeba przywieźć ze sobą lub przynieść te kilka kilometrów. Brak wygód nagradzają jedne z najwspanialszych widoków w całej Namibii. Muskające szczyty gór ostatnie promienie słońca, tańczące po skałach światło księżyca i rozgwieżdżone niebo… tego nie da się opisać. W nocy ganialiśmy więc z aparatem, co chwila znajdując ciekawy temat do sfotografowania…

Dodany obrazek

Dodany obrazek

Dodany obrazek

Dodany obrazek

Dodany obrazek

Dodany obrazek

Dzień ósmy
…a następnego dnia już tak wesoło nie biegaliśmy po nocy, ale o tym zaraz, bo następnego dnia ruszyliśmy na wycieczkę z miejscowym przewodnikiem z plemienia Damara. Pokazał nam najciekawsze miejsca w parku, liczące sobie blisko 2000 lat rysunki naskalne Buszmenów, sporo interesujących roślin i zwierząt. No i ciekawostkę. Niedaleko naszego namiotu miały teren łowiecki leopardy, o czym świadczył wciągnięty na drzewo szkielet sporej krowy. Od tej chwili już tak ochoczo nie biegaliśmy w nocy po pustyni :) Mogliśmy też nauczyć się podstaw języka „klikowego”, charakterystycznego dla miejscowych plemion. Mieliśmy też okazję poznać jak żyje się w tym najbiedniejszym rejonie kraju. Damara żyją w lepiankach lub budkach posklecanych z blachy falistej i drewnianych płyt. Głównym źródłem ich dochodu są turyści – przez obsługę kempingu i sprzedaż pamiątek wykonanych z aluminiowych puszek. Na tak ubogich i piaszczystych glebach rolnictwo praktycznie nie istnieje. Urządzony wieczorem grill urozmaicały nam spore solfugi, kręcące się pod stopami i różne chrząszcze. Kolejne bezcenne wrażenia przyniósł też nocny prysznic pod rozgwieżdżonym niebem.

Dodany obrazek

Dodany obrazek

Dodany obrazek

Dodany obrazek

Dodany obrazek

Dodany obrazek

Dodany obrazek

Dodany obrazek

Dodany obrazek

Dodany obrazek

Dzień dziewiąty
Następnego dnia ruszyliśmy na południowy wchód. Wpierw drogą B2, by po krótkim czasie odbić na Goanikontes. Zjazd był bardzo słabo oznaczony, więc zawracaliśmy z trasy ze dwa razy zanim namierzyliśmy ten właściwy. Przejechaliśmy przez teren zwany „księżycowym krajobrazem”. Nic dziwnego. Zimą, gdy nie widać tam żadnych roślin, suche, posępne skały i piach sprawiają wrażenie miejsca z innej planety. Tylko kolor nieba jakoś nie pasuje do Księżyca… Kiedy w końcu wjechaliśmy w teren bardziej piaszczysty, naszym oczom ukazała się najstarsza część Pustyni Namib. Jak okiem sięgnąć, po horyzont, ciągną się wydmy, poprzecinane nielicznymi, skalistymi górkami. Naszym głównym celem w tym miejscu była welwiczja (Welwitschia mirabilis), endemiczna roślina żyjąca tylko w tym rejonie Afryki. Jest bardzo specyficznym gatunkiem, łączącym w sobie pewne cechy roślin nago i okrytonasiennych. Prowadząc zajęcia z botaniki, dość często ją wspominaliśmy. Wreszcie miała się trafić okazja do obejrzenia jej w warunkach naturalnych, co było naszym marzeniem. I udało się! Już po kilkunastu kilometrach zobaczyliśmy te dwa, niepozorne, zmaltretowane, acz charakterystyczne liście. Wkrótce okazało się, że jest tu welwiczji bardzo dużo. Dotarliśmy też w końcu do najstarszego, znanego okazu. Wg naukowców, liczy on sobie ok. 1500 lat i mierzy blisko 3 metry średnicy. W porównaniu z większością roślin tego gatunku, to prawdziwy olbrzym. Aby nikt go nie zniszczył, jest na stałe ogrodzony siatką i można podziwiać go wyłącznie ze specjalnej platformy widokowej.

Dodany obrazek

Dodany obrazek

Dodany obrazek
Ruszyliśmy dalej na południe. Dobiliśmy się do drogi C28, prowadzącej na zachód, ku wybrzeżu i miasteczku Swakopmund, by tuż przed nim odbić ostro w dół mapy, drogą D1984 do Walvis Bay. Mieliśmy w planach pokręcić się po okolicy, ale ostatecznie ograniczyliśmy się do zakupów i tankowania. Tuż za miastem odwiedziliśmy ptasie sanktuarium. Jest dość niepozorne i łatwo je przegapić. Wystarczy zjechać samochodem 4x4 z drogi, przebić się przez odrobinę piachów, by dotrzeć do słonego rozlewiska. Gnieżdżą się tam pelikany, czerwonaki oraz wszelkiej maści ptaki blaszkodziobe. Po zrobieniu tam zdjęć, niestety z dystansu, wróciliśmy na asfaltówkę i zahaczyliśmy jeszcze o „Wydmę nr 7”. Jest to znane centrum sportów ekstremalnych, jak i swego rodzaju park rozrywki, odwiedzany licznie przez turystów i miejscowych. Można tam sobie pobiegać, powspinać się i pozjeżdżać po piachu, czyli bawić się w sandboarding. Ruch jest tam całkiem spory i to nawet poza sezonem.

Dodany obrazek

Dodany obrazek

Dodany obrazek
Ruszyliśmy wzdłuż wybrzeża, mijając rogatki Swakopmund i trafiając na tzw. „słoną drogę”. Choć nie jest asfaltowa, to parująca przez lata woda, w połączeniu z ruchem samochodów, który ubił piasek z solą, spowodowały że jedzie się po niej jak po betonie. Przekonaliśmy się też, że warto pilnować każdej okazji do zatankowania. Stacja na 72 kilometrze, w której spodziewaliśmy się uzupełnić zapasy przed dłuższą trasą, okazała się stertą ruin. Na mapie, wciąż działała. Uznaliśmy jednak, że to co mamy wystarczy, więc nie namyślając się dłużej dojechaliśmy do kempingu w Cape Cross. I tu uśmiech losu. Nie rezerwowaliśmy tego noclegu, bo jeżdżąc poza sezonem zawsze znajdowaliśmy dużo wolnych miejsc. Tym razem okazało się, że dojechaliśmy w ostatniej chwili. W namibijskie lato wybrzeże okupują tysiące wędkarzy, łowiących długimi wędkami z plaży. Zajęli wszystkie stanowiska, na szczęście pozostawiając jedno dla nas. Tu również mieliśmy okazję przekonać się, jak różny charakter może mieć pustynia. Wiejące znad oceanu chłodne wiatry, niosące mgłę i mżawki, powodują, że w dzień temperatura wynosi tu „zaledwie” 15-20 stopni. W nocy nierzadko spada poniżej 10, musieliśmy więc po raz pierwszy ubrać bluzy. Całości dopełniał roznoszący się wszędzie odór oprawianych ryb, który zneutralizował dopiero zapach naszego grilla.

Dodany obrazek

Dodany obrazek

Ciąg dalszy w następnym wpisie... skrypt bloga wywala zbyt wiele zdjęć w jednym wpisie ;)






Przeszukaj mój blog

użytkownicy przeglądający

0 zarejestrowanych terrarystów, 0 gości, 0 anonimowych terrarystów

Ostatni odwiedzający





© 2001-2019 Copyright by terrarium.pl. Korzystając z serwisu akceptujesz pliki cookies (punkt 1.8 regulaminu).