Skocz do zawartości

1 raz na nowej odsłonie? | Problemy z zalogowaniem?






* * * * * 1 głosów

Namibia - ubaw po piachy :) - część 2

Napisany przez Dark_Raptor, w Podróże, Fotografia 05 sierpień 2018 · 947 wyświetleń

namibia afryka podróż wyprawa plener owady pająki fotografia

Ciąg dalszy opisu podróży z poprzedniego wpisu(skrypt bloga nie pozwala na umieszczeni dużej liczby zdjęć).

Dzień dziesiąty
Noc minęła spokojnie. Jedynym wartym wspomnienia zdarzeniem była wizyta szakali, które podchodziły pod same namioty w poszukiwaniu jedzenia. My, bladym świtem, zwinęliśmy się i ruszyliśmy na przylądek Cape Cross podziwiać kolonię uchatek. Kiedy czyta się przewodniki, w każdym opisie tego miejsca wspominana jest specyficzna woń, która roztacza się dookoła. I faktycznie, charakterystyczny smrodek wyczuwa się już z daleka. Dodatkowo niesamowite wrażenie sprawia hałas i krzyki wydawane przez te morskie ssaki. Podjechaliśmy pod samą kolonię, choć może poprawniej byłoby powiedzieć, że to kolonia rozlała się na miejscowy parking. Przechadzaliśmy się więc spokojnie wśród uchatek, robiąc im zdjęcia. Najczęściej uciekały, choć trafiła się i jedna sztuka przejawiająca dość agresywne zachowania. W miejscu tym można chodzić po drewnianym pomoście, tak by być odseparowanym od zwierząt i jednocześnie mieć dobrą pozycję do obserwacji z góry. Niestety, nie dane nam było z niego skorzystać, bo leżały na nim dwie… martwe uchatki, w dość posuniętym już stanie rozkładu. Może innym razem ;) Na koniec obejrzeliśmy replikę krzyża z Cape Cross, który postawił w tym miejscu, w 1486 roku, portugalski podróżnik Diogo Cao.

Dodany obrazek

Dodany obrazek

Dodany obrazek

Dodany obrazek

Dodany obrazek

Dodany obrazek
Cape Cross to również swego rodzaju brama do słynnego Wybrzeża Szkieletów. Niespokojne wody, opływające brzegi tej części Namibii, są pełne wraków statków. Nieszczęśnicy, którym udawało się cało wyjść z takiej katastrofy, często umierali z głodu i pragnienia, gdyż tu pustynia graniczy bezpośrednio z oceanem i ciągnie się ponad setkę kilometrów w głąb lądu. Podczas jazdy, zwłaszcza kierując się dalej na północ, można podziwiać szczątki wielu okrętów wyrzuconych przez fale na brzeg lub mielizny. My potraktowaliśmy ten rejon raczej jako tranzyt i po dotarciu do krzyżówki z drogą C39, obok Torra Bay, odbiliśmy od wybrzeża. Gdyby ktoś chciał jednak kontynuować jazdę drogą C34, musi opłacić specjalny „permit” na punkcie kontrolnym. „Tranzytowcy” nie płacą, ale i tak wypełniają kupę papierków na wjeździe i na wyjeździe z tego terenu. Biurokracja tu rządzi, o czym przekonujemy się na każdym kroku. Warto jednak zaznaczyć, że w budynku przy bramie Ugab można przy okazji podziwiać ładną kolekcję spreparowanych owadów żyjących w Namibii. Duże wrażenie robią zwłaszcza trzyszcze z rodzaju Manticora, których na żywo niestety nie napotkaliśmy.
Droga wybrzeżem była bardzo monotonna i nudna. Dopiero na trasie C39 krajobraz trochę urozmaicił się, jednak nadal były to głównie kilometry szutru i piachu. Gdzieś za skrzyżowaniem z drogą C43 napotkaliśmy pierwsze żyrafy. Pasły się spokojnie, nie zwracając specjalnie uwagi na naszą obecność. Niedaleko od Khorixas chcieliśmy zobaczyć skamieniały las. Zjechaliśmy na pierwszy wskazujący go drogowskaz i zobaczyliśmy… kilka leżących, skamieniałych drzewek. Później okazało się, że miejscowi zrobili sobie kilka takich pokazowych parków atrakcji. Na „prawdziwy”, państwowy, najefektowniejszy skamieniały las, na który w końcu zjazd zobaczyliśmy, nie mieliśmy już czasu. Dotarliśmy do Khorixas, z prawie pustym bakiem, gdzie rozbiliśmy się na państwowym kempingu. Nadciągała burza, więc szybko rozstawiliśmy namiot. Okazało się, że tylko chwilę pogrzmiało i powiało, bo pogoda zaraz poprawiła się. Pozostało więc tylko skorzystać z basenu i zrobić sobie wieczornego grilla. Poza nami, były tam tylko jeszcze dwie ekipy. Łącznie na dużym placu stały może 3 namioty. Noc na tym polu warto jeszcze wspomnieć ze względu na sporą liczbę skorpionów, mrówek i termitów, które uaktywniły się po zmroku. Przez 2-3 godziny ganialiśmy z latarkami i aparatami, aby upolować ciekawe obiekty i aby zrobić im zdjęcia.

Dodany obrazek

Dodany obrazek

Dodany obrazek

Dodany obrazek

Dodany obrazek

Dodany obrazek

Dodany obrazek

Dodany obrazek
Dzień jedenasty
Kolejny dzień miałbyć dniem kluczowej decyzji. Ponieważ podróżowaliśmy w trakcie lata, a więc pory deszczowej, na północy Namibii występowało duże zagrożenie malarią. Na kempingu w Khorixas spotkaliśmy pierwsze komary, więc musieliśmy się zastanowić, czy będziemy ryzykować swoim i malca zdrowiem. Nasi sąsiedzi wrócili właśnie z tych rejonów i uspokoili nas, że jest ciągle dość sucho. Postanowiliśmy zatem kierować się dalej na północ, do Parku Narodowego Etosza. Ruszyliśmy na zachód drogą C39. W Outjo zrobiliśmy zakupy, zatankowaliśmy wóz i trasą C38 dotarliśmy do bram parku. Podczas załatwiania formalności (ach te papierki) strażnik poinformował nas dodatkowo, że w ostatnim czasie praktycznie nie ma tu komarów, dzięki temu, znacznie spokojniejsi, wjechaliśmy do Etoszy.
Warto zaznaczyć, że większość przewodników, jak i wielu ludzi z którymi rozmawialiśmy w Polsce, odradzało odwiedzanie tego rejonu latem. Najczęściej padało sformułowanie – nic tam nie zobaczycie. Powodem są oczywiście deszcze i związany z nim rozwój roślinności, które powodują, że zwierzęta rozłażą się po okolicy i rzadko skupiają przy wodopojach. Zimą, gdy jest sucho i gorąco, zwierzaki niemal siedzą sobie na głowach, okupując każdą naturalną lub sztuczną sadzawkę z wodą. Jest je wtedy łatwiej obserwować. Okazało się jednak, że to czarnowidztwo. Udało nam się w Etoszy zobaczyć mnóstwo zwierząt, a sama konieczność jeżdżenia i wyszukiwania ich, polowania z aparatem, tylko zwiększyła satysfakcję z wyprawy. Zimą sadzawki otaczają tłumy turystów, jest ich wszędzie pełno. Gdy jeździliśmy po Etoszy latem, rzadko napotykaliśmy kogoś po drodze. Miało się wrażenie bytowania sam na sam z naturą… no może do chwili, gdy młody darł się na całe gardło, płosząc całą miejscową faunę ;)
W Parku Narodowym Etosza znajdują się trzy duże pola kempingowe – Okaukuejo, Halali i leżące najbardziej na zachód Namutoni. My wybraliśmy za swoją bazę dwie pierwsze miejscówki. Powiedzieć „pola namiotowe” to powiedzieć nic. Każde z nich to niemal miasteczko, z bungalowami, restauracją, sklepikiem, stacją benzynową, miejscami pod namioty, toaletami, prysznicami i basenami. W Oaukuejo jest jeszcze fajna baszta, otwarta całą dobę, z której można obserwować otoczenie w dzień i w nocy. Przy każdym kempingu jest przygotowana sadzawka, oświetlona i z miejscami do siedzenia w bezpiecznym miejscu, poza zasięgiem zwierząt. Pozwala to po zmroku prowadzić obserwacje, bez konieczności oddalania się od miejsca noclegowego. W Oaukuejo, w nocy, do sadzawki przyplątały się jakieś samotne kudu i springboki. My mieliśmy jednak o wiele więcej zabawy. Światła ściągały obłędne ilości owadów, w tym spore modliszki, ogromne chrząszcze Heliocopris czy inne koprofagi. Kiedy wszyscy niecierpliwie czekali na „coś dzikiego”, my przez pół nocy łowiliśmy i fotografowaliśmy ciekawe okazy sześcionogów, na które większość ludzi patrzyła jak na irytujące „szkodniki”. Miłym akcentem na koniec owocnego dnia była nocna burza, która przetoczyła się kilka kilometrów od kempingu. Oglądana z wieży, robiła „piorunujące” wrażenie.

Dodany obrazek

Dodany obrazek

Dodany obrazek

Dodany obrazek

Dodany obrazek

Dodany obrazek

Dodany obrazek

Dodany obrazek

Dodany obrazek

Dodany obrazek

Dzień dwunasty
Kolejny dzień to głównie jeżdżenie po lokalnych drogach Etoszy i wyszukiwanie zwierzaków. Widzieliśmy ich wiele – kilka gatunków antylop, hieny, żyrafy, szakale, mnóstwo ptactwa i ciekawe bezkręgowce. Szczególnie interesujący okazał się pająk z rodzaju Stegodyphus, który tworzy kolonijne sieci, składające się ze specjalnych, sąsiadujących ze sobą komór, domków dla każdego osobnika. Jedynym problemem był brak możliwości wysiadania z samochodu. Zawsze istnieje ryzyko, że coś może mieć chętkę i zjeść nieostrożnego turystę. Dlatego w parku można znaleźć specjalnie wyznaczone, otoczone siatką, miejsca biwakowe. Najczęściej z zadaszonym stołem, polową toaletą i ujęciem wody. Podczas jednego z takich postojów mieliśmy okazję obfotografować liczne szarańczaki i pająki. Widzieliśmy też sporą liczbę jaszczurek, głównie scynków. Węży niestety nie napotkaliśmy ani razu.
Na koniec dnia dojechaliśmy do Halali. Napotkany na parkingu przed recepcją niemiecki turysta spytał nas, czy widzieliśmy słonie. Oczywiście, odrzekliśmy że nie. Więc po krótkiej informacji gdzie on je zobaczył, w te pędy ruszyliśmy ze zgrzytem opon na żwirze w poszukiwaniu tych wielkich ssaków. I zobaczyliśmy je… a w zasadzie ich świeże, niemal parujące ciepłem kupy :) Słoń okazał się jednym z tych gatunków, które pomimo usilnych prób ich znalezienia, uniknęły spotkania z nami. Wróciliśmy więc na kemping i jeszcze tego samego wieczoru wybraliśmy się nad okoliczny wodopój, na fotografowanie burzy. Gdy zapadły ciemności okazało się, że jest on niemal zupełnie nieoświetlony. Zupełny niewypał w stosunku do tego z Okaukuejo. W pewnym momencie usłyszeliśmy jakieś głosy wielkiego zwierzęcia. Niemal na ślepo, bo bez latarek, zrobiliśmy mu zdjęcie. Dopiero patrząc na ekranik aparatu zdaliśmy sobie sprawę, że nawiedził nas nosorożec biały. Choć w ciemności wydał się absolutnie czarny, a w zasadzie niewidzialny, bo na oczy go nie zobaczyliśmy :) Powrót do namiotu urozmaiciły nam jeszcze chmary owadów i skorpionów. W zasadzie nie można było włączać żadnego światła, bo człowiek momentalnie zostawał pokryty grubą warstwą pluskwiaków (głównie koliszków). Gdy wydawało się, że już nic nas tego dnia nie zaskoczy, zostaliśmy jeszcze odwiedzeni przez miejscową bandę rateli miodożernych. Plądrowały one każdy napotkany kosz na śmieci. Zrobiliśmy im więc zdjęcia, przy akompaniamencie wywracanych, metalowych i plastikowych kubłów. Niektórzy turyści tak się ich zlękli, że wskakiwali na dachy samochodów. Ostatecznie, grupka wycofała się w zarośla. Obsługa kempingu miała znów sporo do sprzątania…

Dodany obrazek

Dodany obrazek

Dodany obrazek

Dodany obrazek

Dodany obrazek

Dodany obrazek

Dodany obrazek

Dodany obrazek

Dodany obrazek

Dodany obrazek

Dodany obrazek

Dodany obrazek

Dodany obrazek

Dodany obrazek

Dodany obrazek

Dodany obrazek

Dodany obrazek
Dzień trzynasty
Kolejny dzień – kolejne safari. Pojechaliśmy trasą „Rhinodrive” fotografując napotkane zwierzaki. Teren okazał się znacznie trudniejszy dla samochodu niż zwykle, bo po nocnej ulewie, w koleinach, znajdował się sporo wody. Teren zrobił się też miejscami dość grząski. Kilka razy, wbrew obowiązującym przepisom, musiałem wyskoczyć z wozu i usunąć jakiś kamień. Obyło się jednak bez większych przygód w trasie. Dopiero po powrocie okazało się, że jednak nie skończymy podróży z czystym kontem. Prawe, tylne koło skapciało. Prawdopodobnie wjechaliśmy na bardzo ostry kamień lub kolec akacji. Na szczęści powietrze schodziło na tyle wolno, że bez świadomości tego problemu, dojechaliśmy bezpiecznie na kemping. Pracownik miejscowej stacji, w 10 minut, naprawił koło. Mogliśmy znów jeździć mając jedno w zapasie.
Po południu weszliśmy jeszcze na jedno z lokalnych wzniesień, mając nadzieję, że może dostrzeżemy gdzieś słonie. Niestety, bez rezultatu, ale przynajmniej zobaczyliśmy ciekawe formy skalne, drzewa moringa i chmary interesujących bezkręgowców.
Wieczorem, wreszcie odpaliliśmy „Trzmiela”, benzynową maszynkę do gotowania, którą tachaliśmy przez całą drogę. Ponieważ mieliśmy ciągle dostęp do prądu, korzystaliśmy głównie z zabranego czajnika elektrycznego. Dopiero konieczność ugotowania klusek zmusiła nas do uruchomienia tego zabytku, pamiętającego czasy sowieckiego imperium :) Wieczorna eskapada nad wodopój, tym razem z mocną latarką, przyniosła niezłe rezultaty. Widzieliśmy aż 5 nosorożców białych, w tym samicę z młodym.
Dodany obrazek

Dodany obrazek

Dodany obrazek

Dodany obrazek

Dodany obrazek

Dodany obrazek

Dodany obrazek

Dodany obrazek

Dodany obrazek

Dodany obrazek
Dzień czternasty
Kolejny dzień. Ruszamy na zachód, obserwując po drodze napotkane zwierzaki. Mijamy Namutoni i wyjeżdżamy z Etoszy. Drogą C38, a później B1 docieramy do Tsumeb, a dalej C42 do Grootfontein. Tam robimy zakupy, tankujemy i postanawiamy zobaczyć pobliską atrakcję… jak już tu jesteśmy, to czemu nie? Niedaleką szutrową trasą D2860, pokonawszy kilkanaście kilometrów, docieramy do meteorytu Hoba. Jest to prawdopodobnie największy, naturalny kawałek metalu znajdujący się na powierzchni naszej planety. Meteoryt liczy sobie 55-60 ton i spadł tak nietypowo, odbijając się niemal od atmosfery, że nie pozostawił w ziemi wyraźnego krateru. Meteoryt był atrakcją nie tylko dla turystów. Jego brzegi są poznaczone cięciami zrobionymi szlifierkami kątowymi. Aby uniknąć dalszego rozkradania cennego pomnika przyrody, stacjonuje tam teraz strażnik.
Dodany obrazek

Dodany obrazek
Ruszamy dalej, na południowy zachód. Monotonna jazda asfaltówką – B8 i B1. Po drodze przejeżdżamy przez coraz liczniejsze burze. Ostatnia trafia się nam już na naszym ostatnim noclegu, na farmie w Ombo, niedaleko miasta Okahandja. Mamy tam też dzięki niej okazję zobaczyć (podobno) bardzo rzadkie zjawisko, tzw. czerwoną tęczę. Pojawia się ona podczas zachodu słońca, gdy burza wzbije tumany pyłu z pustyni. Przez tę samą burzę nie mamy też prądu… ale od czego są latarki i jest grill. Ucztujemy do późna, a wieczorem robimy jeszcze małe polowanie na modliszki i pająki.

Dodany obrazek

Dodany obrazek

Dodany obrazek

Dzień piętnasty
Nastał ostatni dzień naszej wyprawy. Pakujemy się i jedziemy drogą B1 do Windhuk. Samo miasto nie jest ładne. Generalnie jest zatłoczone, pełne korków, a znalezienie miejsca parkingowego graniczy z cudem. Jak już gdzieś zaparkujemy, zaraz znajdzie się ktoś, kto za stosowną opłatą (oczywiście!) popilnuje nam wozu. W centrum miasta podziwiamy pomnik zrobiony z meteorytów z roju Gibeon. To największy rój żelaznych meteorów znalezionych przez człowieka… kilka sztuk ktoś już ukradł, o czym przypominają oskarżycielsko ich puste cokoły. Naszym celem była jednak knajpa Joe’s Beerhouse, znajdująca się w południowej części miasta. Można tam popróbować smacznie i nie specjalnie drogo, dziczyzny i miejscowych specjałów. Syci i wypoczęci ruszyliśmy na lotnisko. Procedura zdania samochodu poszła wyjątkowo szybko. Po przejściu odprawy załadowaliśmy się na samolot i przez Kolonię wróciliśmy do… Gdańska. Mieliśmy stamtąd jechać autobusem do Warszawy, jednak rzeczywistość w kraju okazała się bardziej dzika, niż w najdzikszych odstępach Afryki…
Zaczęło się pięknie. Po przylocie i szybkim przejściu bramek, wyruszyliśmy do Gdańska piękną, nową kolejką. Jednak dalej było już jak w "Jądrze ciemności" Josepha Conrada. Objuczeni toną bagażu, z młodym w plecaku, musieliśmy ganiać między remontowanymi peronami dworca, z popsutymi windami i zdezelowanymi schodami ruchomymi, by trafić w końcu na dworzec PKS. Mieliśmy tam poczekać jeszcze 4 godziny na autobus, a że jest mróz, liczyliśmy na ciepłą poczekalnię... Nic z tych rzeczy. Dworzec zamknięty na cztery spusty! Wracamy więc tymi samymi, remontowanymi podziemiami, do poczekalni PKP. Tam jest otwarte... tylko, że wszystko zasikane, zażygane, a na miejscu istna wylęgarnia lumpów. Sypią się bluzgi, smród, syf, kiła i mogiła. Dodatkowo zbiegło się to z jakimś najazdem wrzeszczących kibiców. Nie dało się tam wysiedzieć pół godziny, zwłaszcza z małym dzieckiem próbującym zasnąć. Ostatecznie wsiedliśmy w najbliższy pociąg do Katowic i pojechaliśmy do teściów... a stamtąd, już po wypoczęciu, na spokojnie wróciliśmy do domu. I takim prawie happy-endem kończy się nasza historia.

Dodany obrazek

Dodany obrazek

Dodany obrazek

Dodany obrazek

Dodany obrazek
Na koniec garść informacji praktycznych:
Jak wspomniano na początku, wizy najlepiej załatwiać przez ambasadę w Berlinie (http://www.namibia-botschaft.de/). Koniecznie trzeba mieć przynajmniej 5-6 tygodni w zapasie przed terminem wyjazdu. Wizy mogą być jednokrotnego i wielokrotnego wjazdu (np. jeśli planujemy odwiedzenie przy okazji RPA, Angoli lub Botswany), te drugie są jednak droższe. Te pierwsze kosztowały pod koniec 2017 roku 80 Euro. Przed wysłaniem wniosków wizowych warto mieć już wynajęty transport i zaplanowane noclegi oraz zaplanowany wylot. Trzeba te informacje podać wraz z wnioskami, choć tak jak w naszym przypadku, plan nie musi być ścisły (bo my np. zamiast Etoszy planowaliśmy początkowo zwiedzanie południowej części kraju).
Wynajmując samochód, może być z sieciówki na lotnisku, koniecznie warto wybrać z napędem na cztery koła. Obok klasycznych wypożyczalni, są też wyspecjalizowane firmy wypożyczające terenówki z całym wyposażeniem biwakowym – namiotami, śpiworami, kuchenką, turystyczną lodówką itp. Jest to droższa opcja, ale nie musimy takiego ekwipunku tachać ze sobą z kraju. Przed odbiorem wozu trzeba koniecznie sprawdzić stan samochodu i odnotować wszelkie rysy, pęknięcia i to co jest na jego stanie (z wycieraczkami włącznie). Przy odbiorze nie będzie wtedy większego problemu, że czegoś wcześniej nie było.
Drogi w Namibii to głównie gruntówki. Na głównych trasach jest sporo fotoradarów, a za złamanie przepisów sporo się płaci, tak więc noga z gazu. W terenie bardzo łatwo o utratę przyczepności i wypadek, a nawet dachowanie. Kilka takich gratów w drodze widzieliśmy. Jeśli zdarzy się nam taka sytuacja w mało uczęszczanym terenie, może być problem.
Koło zapasowe to podstawa. Jadąc, praktycznie na każdym kilometrze widać resztki opon na poboczu lub całe koła leżące w piachu lub powieszone na drzewie. Nam się generalnie udało, ale czytałem o przypadkach nawet kilkukrotnego ich przebicia podczas wyprawy. Na szczęście można, jeśli uszkodzenie jest małe, zaklajstrować je na każdej stacji benzynowej. Ba, nawet w mniejszych wioskach potrafi się znaleźć taki domorosły wulkanizator.
Noclegi. Jak ktoś ma kasę, to nocuje w „lodżiach”. Są to najczęściej domki ze wszystkimi wygodami. Można je napotkać w pobliżu ważniejszych miejsc turystycznych. Kempingi to opcja ekonomiczna, ale o bardzo dobrym standardzie. Na większości znajdziemy wszystko czego potrzeba – miejsce do spania, źródło wody, prądu, kosz i palenisko. Praktycznie niemal każdy kemping posiada swój basen (jednak przeważnie ze straszliwie mocno chlorowaną wodą) jak i przybytki sanitarne – prysznice z ciepłą wodą i spłukiwane sanitariaty.
Szczepienia. Nie ma obowiązkowych szczepień. Najlepiej mieć typowy standard: WZW A i B, tężec, błonica, polio. Podróżując w porze deszczowej, czyli tak jak my, warto pamiętać o możliwości złapania malarii. Działamy zapobiegawczo (repelenty, moskitiery), ew. można brać leki osłonowe, np. Malarone. Komary działają tam inaczej niż u nas. Podlatują pojedynczo, kąsają szybko i krótko. Można czasem nie zorientować się, że zostało się ukąszonym. Jeśli planujesz lub spodziewasz się bliższego kontaktu ze zwierzętami, warto pomyśleć o szczepieniu przeciw wściekliźnie. W niektórych rejonach kraju to poważny problem.
Waluta. Wbrew pozorom, najlepiej opłacało się wymienić walutę na lotnisku, w oficjalnym banku Namibii (Bank of Namibia). Procedura wymiany to również droga przez mękę… dużo papierków, kserowanie paszportów i te sprawy… Przynajmniej banknoty mają ładne i mogą służyć za przewodnik podczas safari ;)

Dodany obrazek
Zakupy. Ceny są podobne lub trochę droższe (do 1/3) niż w Polsce. Przy większych miastach znajdziemy duże centra handlowe, świetnie wyposażone. W małych miejscowościach, najczęściej przy stacjach benzynowych, znajdziemy głównie podstawowe produkty. Woda bywa dość droga, czasem ponad 5zł za litr. Najlepiej mieć jej zawsze ze trzy pięciolitrowe baniaki, które można kupić w markecie. Drewna na opał nie zbieramy w terenie, bo często tego robić nie wolno, np. w parkach narodowych. Materiał opałowy jest jednak dostępny w niemal w każdym sklepie. Kempingowe sklepiki mają najwyższe marże i można tam robić zakupy w ostateczności (choć np. w Sesriem tylko tam można kupić świeże pieczywo).
Telefon. Najlepiej kupić kartę miejscowego operatora na lotnisku. Za 17 zł otrzymujemy kod dający sporo minut, 1 GB Internetu, całość ważna tydzień. Niestety, w odleglejszych rejonach kraju telefonem się nie nacieszymy – telefonia ma bardzo słaby zasięg. Na kempingach można mieć dostęp do sieci, ale tylko wykupując wcześniej specjalne vouchery.
Ludzie i bezpieczeństwo. Generalnie ludzie są bardzo przyjaźni i pomocni. Są bardzo dumni ze swojego kraju i chętnie pokazują go turystom. Jedyne mankamenty podróżowania po Namibii to wszędobylska chęć zarobienia na podróżnikach. Można to zrozumieć, bo sytuacja ekonomiczna sporej grupy ludności jest nie do pozazdroszczenia, czasami jednak potrafi to być dość irytujące. No i ta wszędobylska biurokracja. Wjeżdżasz do parku, meldujesz się na kempingu, odwiedzasz jakąś atrakcję i kupujesz bilety, wymieniasz pieniądze? Wpisujesz się do opasłej księgi, podajesz pełne dane, numer samochodu, miejsce zamieszkania, dalszy cel podróży itp. Prosta czynność, jak kupno biletu, może zająć kilka minut. Po jakimś czasie człowiek się do tego przyzwyczaja. No i podobno w dużych miastach zdarzają się kradzieże. My, na szczęście, nie odnotowaliśmy takiego przypadku.
Co zabrać. W porze suchej, czyli gdy w Polsce jest lato, a tu zima, temperatura w nocy potrafi spadać do blisko 0. Warto mieć dobry śpiwór i coś ciepłego do noszenia. W porze deszczowej, tylko na wybrzeżu musieliśmy nosić bluzy. W pozostałej części kraju temperatura przez całą dobę rzadko spadała poniżej 15 stopni. Koniecznie trzeba mieć coś na głowę, dodatkowo krem przeciwsłoneczny z filtrem, okulary przeciwsłoneczne, przydatne zwłaszcza w czasie jazdy samochodem. Przejściówka do gniazdka (typ D – dawna angielska) to podstawa. Czajnik elektryczny pozwolił nam na dezynfekcję wody z niepewnych źródeł, robienie sobie kawy i herbaty, podgrzewanie jedzenia. Z butów – sandały i coś za kostkę, jeśli planujemy trekking. Latarka to kolejny podstawy gadżet, zwłaszcza przy nocnym buszowaniu po pustyni. Łatwo wtedy napatoczyć się na skorpiona lub węża. Poza nawigacją GPS, warto mieć solidną, papierową mapę. Na każdą wyprawę zabieramy mapy z serii World Mapping Project (Reise Know-How). Są bardzo dokładne i odporne na uszkodzenia.
Sprzęt foto. Obowiązkowo teleobiektyw. Im dłuższa ogniskowa, tym lepiej. Dobrze jeśli mamy możliwość korzystania w aparacie z baterii/akumulatorków AA (paluszki), jesteśmy wtedy mniej ograniczeni koniecznością ich częstego ładowania. W zasadzie przyda się wszystko – UWA (braliśmy 14-24) i standard (u nas tę rolę pełni 24-70) do krajobrazu, jakieś makro na bezkręgowce (zabraliśmy 105/2.8 z dłuższym dystansem ostrzenia). Do tego statyw, wężyk spustowy, filtr polaryzacyjny kołowy. Czasem można pomyśleć o szarej połówce. I koniecznie coś do czyszczenia aparatu. Pył i piach są wszędzie w powietrzu i po powrocie trzeba koniecznie dokładnie wysprzątać cały sprzęt, najlepiej przedmuchać go kompresorem, również od środka. No i karty pamięci, mnóstwo kart pamięci :)

Na koniec, jeśli ktoś jest zainteresowany większą liczbą zdjęć zwierzaków z tej wyprawy, zidentyfikowanych, zapraszam na forum entomo.pl.






Przeszukaj mój blog

użytkownicy przeglądający

0 zarejestrowanych terrarystów, 0 gości, 0 anonimowych terrarystów

Ostatni odwiedzający





© 2001-2019 Copyright by terrarium.pl. Korzystając z serwisu akceptujesz pliki cookies (punkt 1.8 regulaminu).