Skocz do zawartości

Nie lubisz reklam?  
1 raz na nowej odsłonie? | Problemy z zalogowaniem?






* * * * * 1 głosów

Piachem po oczach, czyli Namibia po raz wtóry... część 2

Napisany przez Dark_Raptor, w Podróże, Fotografia 20 stycznia 2020 · 1 030 wyświetleń

namibia afryka wyprawa podróż plener
Kontynuacja poprzedniego wpisu. Na początek mapa sytuacyjna, aby każdy wiedział, gdzie mniej więcej byliśmy ;)

Dodany obrazek

6.02
Wczesnym rankiem obudziły nas pawiany wędrujące przez kemping i plądrujące kosze na śmieci. Trzymały się jednak na dystans i nie dały się podejść bliżej. Po sfotografowaniu tej nowej atrakcji zapakowaliśmy się do samochodu i ruszyliśmy z powrotem na północ. Naszym celem miała być Betta, leżąca na skrzyżowaniu dróg C27, D831 i D826, domyślnie chcieliśmy jednak dotrzeć do Sesriem. Dystans wydawał się jednak zbyt duży i planowaliśmy postój na kempingu obok jednej z farm.

Dodany obrazek

Pędziliśmy ku trasie B4 pokonując wyschniętą okolicę drogą C12. Później w Goageb wbiliśmy z głównej B4 na bardziej lokalną trasę C14, idącą prosto na północ. W Bethanien zatankowaliśmy samochód do pełna i zrobiliśmy małe zakupy. Czekał nas długi odcinek z ograniczonymi możliwościami zdobycia paliwa, trzeba było się więc na to przygotować. Podczas postoju miejscowi opowiadali nam jak bardzo kolejny rok z rzędu daje się im we znaki susza. Gdy siedzi się w hotelu, opłaconych lodżiach lub na zorganizowanym safari, turysta nie ma możliwości zobaczyć jak to faktycznie wygląda z perspektywy tutejszych mieszkańców.

Jedziemy dalej. Koło Helmeringhausen przeskoczyliśmy na C27 i dotarliśmy na tyle wcześnie do Betta, że zdecydowaliśmy się na dalszą drogę. Jest coraz bardziej piaszczyście dookoła. Pojawiają się rude, bo zawierające duże ilości żelaza wydmy. Co chwila obserwujemy też wiry pyłowe zwane tu z angielska „dust devils”. Czasem w polu naszego widzenia trafia się ich kilka. Jest naprawdę sucho i gorąco. Gdy trzeba zrobić krótki, przymusowy postój aby wysadzić dziecko na turystycznym nocniku (super rozwiązanie!), trzeba mu trzymać nogi w powietrzu bo piasek i kamienie parzą boleśnie.

Dodany obrazek

Dodany obrazek

Dodany obrazek

Dodany obrazek

Przed wieczorem nad horyzontem pojawiają się burzowe chmury. Wygląda to trochę kuriozalnie – wszędzie piach, a nad nim ciemne cumulusy. Tuż przed spodziewanym deszczem wpadamy do Sesriem, znajdujemy przyzwoite miejsce pod namiot, rozbijamy się dość szybko i sprawnie. Zaczyna grzmieć.

W końcu okazuje się, że rozpętująca się burza to zaledwie pięć grzmotów na krzyż, kilka kropel deszczu… i koniec! Znów sucho. Spodziewany „kataklizm” rozmył się gdzieś nad naszym obozowiskiem. Widać było jednak, że kilka kilometrów dalej popadało silniej. Nie pozostało nam więc już nic innego jak pospacerować po okolicy kempingu. Zdziwił nas brak oryksów i skoczników, których sporo kręciło się w pobliżu pola namiotowego podczas zeszłorocznego pobytu. Pewną miłą odmianą było odkrycie, że powstała tu lizawka i wodopój, zorganizowane niedaleko recepcji. Niemiłą było to, że obszar kempingu znacząco się powiększył i zabudowano fajne miejsca po których buszowaliśmy rok wcześniej.

Dodany obrazek

7.02
Następny dzień chcieliśmy spędzić wyjątkowo intensywnie. Aby nie popełnić zeszłorocznego błędu i nie pojechać do Dead Vlei w samym środku palącego dnia, wyruszyliśmy dość wcześnie rano. Znów pokonaliśmy kilkadziesiąt kilometrów znajomą drogą wśród potężnych wydm. To jedna z najwspanialszych tras jakimi mieliśmy okazję kiedykolwiek jeździć. Po lewej i po prawej, jak okiem sięgnąć, kilkusetmetrowe góry z piachu, których kolory zmieniają się wraz z wysokością słońca. A droga ciągnie się dalej i dalej, bez końca. Gdy w końcu dotarliśmy do piaszczystego odcinka w którym łatwo się zakopać nawet solidną terenówką, pomni doświadczeń z poprzedniej wizyty, spuściliśmy część powietrza z kół i ruszyliśmy z odpowiednio dużą prędkością. Choć samochód trochę „pływał” w piachu, ostatecznie udało się dotrzeć na miejsce.

Dodany obrazek

Dodany obrazek

Tym razem było bez porównania „chłodniej”, jeśli można tak mówić o dniu z ponad 35 stopniową temperaturą. Jednak w zeszłym roku było to prawie 47 °C, a piach był tak nagrzany, że niektórym stopiły się podeszwy butów. Teraz nie zdejmowaliśmy nawet sandałów, a zabrane z samochodu buty trekkingowe niepotrzebnie dyndały przytroczone do plecaków. Najważniejsze, że było fajnie i przyjemnie. Dead Vlei, choć dobrze nam już znane, znów zrobiło na nas piorunujące wrażenie. Kikuty martwych drzew, sterczące oskarżycielsko w kierunku palącego słońca, wystające z płaskiego jak stół, twardego jak kamień solniska, otoczone z każdej strony ogromnym wałem piachu. Widok rodem z filmu SF. Przez bite dwie godziny ganialiśmy wśród tych nieziemskich drewnianych ostańców, fotografując i bawiąc się w berka z Tymonem. Podczas poprzedniej wyprawy siedział tylko w nosidle, przypięty do butelki z wodą. Tym razem mógł już sobie pozwolić na bieganie i harce do woli.

Dodany obrazek

Dodany obrazek

Dodany obrazek

Dodany obrazek

Dodany obrazek

Dodany obrazek


W końcu wracamy na kemping. Część ekipy została odpoczywać, a my pomimo narastającego upału, pokręciliśmy się po najbliższej okolicy podziwiając ciekawe formy skalne i pustynną roślinność. Czasem najciekawsze rzeczy działy się tuż pod naszym nosem. Dość interesującą obserwacją było dla nas oglądanie armii mrówek żniwiarek, które wybrały sobie pobliską skrzynkę elektryczną za osłonę podziemnego mrowiska. Jakakolwiek próba manipulowania w jej pobliżu, kończyła się zmasowanym atakiem setek wściekłych owadów. Koordynacja ataku przy użyciu feromonów wyglądała wyjątkowo spektakularnie, a ukąszenia bywały dość bolesne. Tymon wolał trzymać się od tej skrzynki z daleka ;)

Dodany obrazek

Dodany obrazek

Wieczorem znów przeszła nad Sesriem krótka burza. I podobnie jak dzień wcześniej, skończyło się na kilku wyładowaniach i pokropieniem piasku przez nieliczne krople. W nocy Kornelia postanowiła zobaczyć sowy, które głośno pohukiwały na drzewach otaczających pole namiotowe. Ten krótki spacer mało nie skończył się tragicznie. Nagle usłyszeliśmy donośny tętent i przez środek kempingu przetoczyło się stado antylop gnu. Kornelia zdążyła wskoczyć na pobliski murek, tuż przed rozpędzonym stadem. W świetle latarki można było zobaczyć grzbiety przewalających się przez kemping grupy zwierząt.

Dodany obrazek

8.02
Nocna przygoda nie zniechęciła nas i gdy tylko zrobiło się jasno, postanowiliśmy skorzystać z okazji by odwiedzić kolejne miejsca. Wyruszamy więc ku pobliskim wydmom Elim. Rok wcześniej ledwie o nie zahaczyliśmy, tym razem chcieliśmy połazić tu przez kilka godzin.

Wieczorny deszcz padał tu znacznie intensywniej niż na samym kempingu. Dzięki temu wszystkie kolory pustyni stały się żywsze i jakby było ich więcej. Większa wilgotność spowodowała też zwiększoną aktywność żyjących tu zwierząt. Ganiając wśród kęp wysokich traw i karłowatych krzewów udało nam się zobaczyć m.in. ciekawe chrząszcze czarnuchowate, oleicowate i żukowate, kilka grup mrówek z rodzaju Camponotus. Po raz pierwszy napotkaliśmy też samotnicze pająki Stegodyphus, których społecznych krewnych widywaliśmy w północnej części kraju. Pozornie nudne i mało zróżnicowane miejsce, jeśli tylko przyjrzeć mu się bliżej, okazuje się tętnić niezwykle bogatym życiem. Jako biolodzy znaleźliśmy tu mnóstwo atrakcji, ale przypuszczam, że może to być interesujące miejsce także dla innych. Sporo frajdy miał też Tymon, który sam chętnie buszował razem z nami, szukając różnych ciekawostek.

Dodany obrazek

Dodany obrazek

Dodany obrazek

Dodany obrazek

Dodany obrazek

Dodany obrazek

Dodany obrazek

Dodany obrazek

Dodany obrazek


Po południu odwiedziliśmy jeszcze Wąwóz Sesriem. Łażenie tam w palącym słońcu to czyste samobójstwo, więc ponownie nie zabawiliśmy tam zbyt długo. Głównym gwoździem programu była jednak dla nas wieczorna wizyta na wysokich wydmach Sossusvlei, w tym słynnej Wydmy 45. Dotarliśmy tam tuż przed zachodem słońca i spędziliśmy tzw. „złotą godzinę” na przemian to fotografując, to tarzając się w ciepłym piachu. Gdy zrobiło się już bardzo ciemno, postanowiliśmy wrócić na kemping, aby zdążyć przed zamknięciem bram parku.

Dodany obrazek

Dodany obrazek

Dodany obrazek

Dodany obrazek

Dodany obrazek

Dodany obrazek

Dodany obrazek

9.02
Nadszedł kolejny dzień i znów trzeba było zwijać manatki. Ruszyliśmy na północny zachód, w kierunku wybrzeża. Drogą C19 dotarliśmy wpierw do Solitaire, gdzie zatrzymaliśmy się na chwilę aby podziwiać fotogeniczne wraki starych samochodów. W miejscowości działa stacja benzynowa, sklepik, kemping, a nawet piekarnia słynąca z wypieku szarlotek, o czym dowiedzieliśmy się z jakiegoś filmu dokumentalnego. Dalej, drogą C14 wśród ciągle zmieniających się widoków, powoli zbliżaliśmy się ku najstarszej części pustyni Namib. W kilku miejscach, gdy tylko zobaczyliśmy coś interesującego, robiliśmy krótkie postoje. Szczególnie zapadł nam w pamięć jeden, koło wyjątkowo okazałych, kwitnących właśnie wilczomleczy. Uwijały się wśród nich setki owadów: muchówki, błonkówki, chrząszcze. Ta bucząca oaza stanowiła niezwykły kontrast z surowym, niemal martwym otoczeniem.

Dodany obrazek

Dodany obrazek

Dodany obrazek

Dodany obrazek

Dodany obrazek

Jakieś 100 km przed Walvis Bay, ciągle na drodze C14, spotkał nas w końcu pech, złapaliśmy flaka. W Namibii to rzecz codzienna, gdyż jak wspominaliśmy, niemal każdy mijany kilometr, zwłaszcza na uczęszczanych trasach, jest usłany jest kawałkami porwanych opon. Ponieważ jechaliśmy dość szybko, w trudnym terenie, poziom hałasu nie pozwolił usłyszeć, że coś jest nie tak. Dopiero kiedy poczuliśmy, że coś ciężko się jedzie i zaczyna nas znosić, było już trochę za późno. Opona była w strzępach i nie nadawała się już do niczego. Musieliśmy zainstalować zapas w upalnym słońcu. Czekało nas jeszcze te 100 km niezbyt fajnej trasy, jesteśmy w tym momencie bez zapasowego koła, a zbyt wielu samochodów nie mijamy w drodze. Sytuacja nie jest zbyt fajna, ale z duszą na ramieniu ruszamy dalej. Byleby tylko dotrzeć jak najbliżej Walvis Bay…

Dodany obrazek

Dodany obrazek

Tym razem szczęście nas nie opuszcza i udaje nam się dotrzeć do miasta w późnych godzinach popołudniowych. Dość szybko namierzyliśmy fajny i całkiem tani kemping w południowej części Walvis Bay - Lagoon Chalets. Jest to o tyle fajne miejsce, że jeśli ktoś lubi wygodnie podróżować, znajdzie tam m.in. pokoje o różnym standardzie. Dla nas najfajniejsze okazały się jednak miejsca pod namiot. Każde osłonięte przed wiatrem i słońcem ścianką z liści palmowych, z własnym paleniskiem i bliskim sąsiedztwem łazienki, w której znajdowała się nawet… wanna! No i wreszcie było darmowe WiFi. Na krótko nawiązaliśmy połączenie ze światem ;)

Dodany obrazek

Po rozmowie z właścicielką kempingu, dowiedzieliśmy się, że serwisy wulkanizacyjne już o tej porze nie działają (tego dnia była sobota), a w dniu następnym wszystkie będą zamknięte. Czeka więc nas przymusowy postój w Walvis Bay. Aby nie marnować czasu, pojechaliśmy więc do pobliskiego centrum handlowego. Na poprawę humoru należało sobie zrobić wieczornego grilla. Przy okazji wyjazdu zrobiliśmy sobie dodatkowo spacer na pobliską plażę, gdzie widać pięknie całą zatokę. Przez większość dnia jest ona obsiadana przez stada wodnego ptactwa, samo Walwis Bay z resztą z tego słynie. Najwięcej jest tu flamingów różowych (Phoenicopterus roseus) i flamingów małych (Phoenicoparrus minor), kręci się wśród nich sporo małych ptaków brodzących, ale też okazałe pelikany, wydrzyki i mewy. Jest na co popatrzeć.

Dodany obrazek

Dodany obrazek

Dodany obrazek

Oglądając Walvis Bay szybko można dojść do wniosku, że ma ono swój specyficzny klimat. I to nie tylko przez oryginalną, jak na Namibię, pogodę. Dzięki zimnemu prądowi, temperatury dzienne oscylują tu koło 20-25 °C (a bywa też znacznie chłodniej). Często wieje tu dość mocno i bywa bardzo mgliście. Podczas spaceru widzieliśmy miejscowych chodzących w wełnianych spodniach i swetrach, z grubymi czapkami mocno nasuniętymi na głowy. Troszkę dziwnie patrzyli na nas, biegających w T-shirtach i krótkich spodenkach. A już na pewno w osłupienie wprowadzał ich małe, wesołe dziecko, biegające praktycznie rozebrane, ja na tutejsze standardy.

Dodany obrazek

Specyficzny klimat to też sam charakter miasta. Przynajmniej w tej części, w której byliśmy, sprawiało wrażenie sterylnego, pozbawionego życia. Niskie, odpicowane, budowane w kostkę budynki w nowoczesnym stylu „szkła i aluminium”. Najczęściej otoczone murem, z drutem kolczastym lub tłuczonym szkłem na jego szczycie. Przed budynkiem, jeśli tylko się dało, przystrzyżony trawniczek. I tak dom obok domu. Wszystko wybudowane pod wynajem lub jako sezonowe wille dla bogatych. Dziwnie się wędruje po takich „wymarłych” dzielnicach, gdy tylko czasem napotka się samotnego przechodnia lub przejeżdżający ulicą samochód.

Dodany obrazek

Dzień zakończyliśmy więc smacznym grillem oraz racząc się miejscowym piwem mając nadzieję, że najbliższe dni pozwolą na dalszą, już bezproblemową kontynuację podróży.

...a o tym, w kolejnej części bloga.




Przeszukaj mój blog

użytkownicy przeglądający

0 zarejestrowanych terrarystów, 0 gości, 0 anonimowych terrarystów

Ostatni odwiedzający





© 2001-2020 Copyright by terrarium.pl. Korzystając z serwisu akceptujesz pliki cookies (punkt 1.8 regulaminu).