Bardzo Wam dziękuję za rady i zainteresowanie. Jestem pod wrażeniem Waszej wiedzy! Tyle wyczytaliście z mojego zdjęcia... Kilka chwil po napisaniu postu i ja już zorientowalam się, że to żólw czerwonolicy i obstawialam samiczkę (pomogly zdjęcia z netu). Co do weterynarza to szkoda slów... jeżeli już nie mial pojęcia o żólwiach to mógl w ogóle nic nam nie sugerować, przecież zwierzak tu chyba otarl się o śmierć (ktoś pisal o pieniądzach - nie wziąl żadnych). W każdym razie po moim odkryciu nastąpila szybka akcja - mąż zawiózl biedaka do pobliskiego sklepu zoologicznego w nadziei na znalezienie mu chociaż tymczasowego schronienia. Wlaścicielka odmówila, ale polecila klinikę weterynaryjną dzialającą przy naszym uniwersytecie (tak na marginesie wiedziala więcej o żólwiu niż lekarz). Nasza znajda tego samego dnia dostala kroplówkę, miala porządnie się wygrzać i jechać nazajutrz na bardziej szczególowe badania. Tam już zostanie, mają ją wpuścić do jakiegoś oczka. Naprawdę kamień spadl mi z serca, ma wspanialą opiekę. A skoro mówicie, że byla źle karmiona do tej pory to może nawet i lepiej, że tam trafila? Skąd się wzięla nadal pozostaje zagadką... przy tej ulicy są i bloki i domki jednorodzinne. Mieszkańcy domków o żólwiu zbiegu nic nie wiedzą, a bloki są w pewnym oddaleniu od miejsca 'zdarzenia' więc chyba by stamtąd nie zawędrowal. Tak swoją drogą to te przekonanie o mozolności żolwi to jakiś stereotyp... calkiem szybko się poruszają, a przynajmniej nasz egzemplarz. Myślimy o niej codziennie, to wciąż taka świeża sprawa... mąż z córką mają ją odwiedzić, to niedaleko. Nie mogliśmy jej zatrzymać, ale nie wykluczam przygarnięcia żólwia w przyszlości przy bardziej sprzyjających warunkach
Dzięki jeszcze raz za odzew!
P.S. Teraz gdy córka wychodzi z domu mówi z nadzieją w glosie: 'A może znów znajdę jakiegoś żólwia?'


Znajdź zawartość
Kobieta
