Z sekcji wynika, że wąż miał w sobie zaschnięty kał, którego nie mógł wydalić, ponieważ miał uszkodzone jelito (konkretnie to całkowita martwica). Weterynarz mówił że opcją mogła być lewatywa, ale i tak przy rozmiarach węża pewnie by nie pomogła. Mówi się trudno, na przyszłość trzeba bardziej uważać.
Wczoraj byłam u weterynarza, zbadał wydzielinę z kloaki, która okazała się być ropą. Dał mi maść i antybiotyk. Dziś ok. 10 smarowałam małej kloakę, są wąż był jakiś osowiały. O 18 przygotowałam porcję antybiotyku, miałam już podawać ale po otworzeniu pudełka zastałam żelka... Wąż padł, zadzwoniłam do weta, kazał natychmiast przyjechać. Za 15 minut byłam na miejscu, weterynarzowi było naprawdę przykro(szczególnie widząc jak się rozkleiłam). Zostawił trupka u siebie żeby zrobić sekcję, jutro się ze mną skontaktuje i powie jaka była przyczyna śmierci węża.
Jak dotąd wykąpałam maleńką, ranka wygląda już raczej na wypadnięcie kloaki niż jakieś zakażenie, opuchlizny nie ma. Siedzi sobie w sterylnym pojemniku, weta odwiedzi w poniedziałek bo w okolicy żadnego nie ma.
Pytanko następne: Wie ktoś może jak przebiegnie wizyta i ile będzie kosztować?