Witam,
pająki mam od zaledwie sierpnia zeszłego roku - więc jestem dość zielona w kwestiach praktycznych, a znalezienie konkretnych informacji na temat kwestii zdrowotnych okazało się - łagodnie mówiąc - dość kłopotliwe...
Ale do rzeczy: Brahypelma albiceps - sztuk dwie, kupione jako l1 ze sklepu arachnohobbia.
Obie nigdy nie było jakoś szczególnie aktywne, a i z apetytem nie było szału - za każdym razem było długie zastanawianie się, czy mają wsunąć karaczana i decyzję podejmowały zazwyczaj nocą.
Warunki: Podłoże - włókno kokosowe z wermikulitem, wilgotność "na oko" - dość mokro, ale bez błota, czy stojącej wody, w pojemniczkach miseczka z wodą, kryjówka z kory dębu korkowego, temperatura - do połowy października pokojowa, potem dogrzewanie matą (stoi za pojemniczkami).
W tym punkcie zaznaczę, że jeśli ktoś ma alergię na słowo pisane, może od razu przejść do sedna t.j. - 6 akapit. A pytanie jest w sumie dość jasne - co to może być, czy jest szansa na przeżycie, i co należy zrobić, żeby ta szansa była.
U mnie przeszły trzy wylinki - pierwsza po miesiącu od kupienia (końcówka września), druga w okolicy początku grudnia, trzecia - około 3 tygodnie temu (za każdym razem liniały w odstępie jednego dnia). Czemu trzecia była znacznie szybciej niż poprzednie jest raczej jasne - większa temperatura = szybszy metabolizm. Jakieś 8 dni po trzeciej wylince dostały po robalu - jedna (o dziwo!) nie zastanawiała się nawet przez moment, druga jak zwykle miała opory - ale w końcu go złapała. Wyglądało na to, ze wszystko jest ok. Jakiś tydzień później zdarzył się wypadek - (Pominę przyczynę, bo nie opiszę jej bez niecenzuralnych słów) - braszki zostały zrzucone z półki. Pojemniczki spadły z wysokości około 20cm. Jeden na bok, drugi do góry dnem. Upadek oba pająki przeżyły, nie było też widać mechanicznych uszkodzeń, czy krwawienia. Po upadku rzuciło mi się w oczy, że pająki są mocno "rozlatane" - nerwowe, nadwrażliwe na wszelkie drgnięcia itp. - co było po tamtej akcji zrozumiałe. Stwierdziłam, że na ten moment święty spokój będzie dla nich ważniejszy od żarcia, uzupełniłam jedynie wodę w miseczkach i podłożu. . Dwa dni później ten, który wylądował do góry dnem, zszedł - przyczyna na pierwszy rzut oka była jasna, jednak wychodzi na to, że jednak nie do końca - oględziny trupa potwierdziły, że nie odniósł obrażeń w obrębie pancerza. Do tego okazało się, że karaczan nie został jednak zjedzony, ani nawet ubity. Do tego pająk był wyraźnie chudszy od drugiego.
Ten, który został wciąż jest mocno rozlatany, wygląda na to, ze ma problemy z koordynacją. Drżeń kończyn, opisywanych przy syndromie dyskinetycznym nie widziałam, jednak mimo wszystko - gdyby był to zwierzak stałocieplny, objawy opisywałoby się jako ataksję.
Dodam tu jeszcze, że na samym początku pająki były trzy - trzeci był neoholotele incei - który zszedł właśnie około 2- 3 tygodni po drugiej wylince z podobnymi objawami. Zaczęła mi chodzić po głowie kwestia pasożytów, zarówno podłoże, jak i żarcie, są wciąż z tego samego, pierwszego zakupu (i źródła) - jednak odstęp czasu mi tu niezbyt pasuje. Z pasożytami generalnie jest tak, że jak ma je jeden - to mają wszystkie, byłoby więc z deka dziwne, że jeśli źródłem miałyby być karaczany, to że dopiero teraz - po połowie roku - doszło do zarażenia. Pleśni, roztoczy itp. brak.
No i właśnie - jeśli mój tok myślenia jest prawidłowy, to druga braszka również zejdzie za kilka dni. Pytania zamieszczone w czwartym akapicie.


Znajdź zawartość
Kobieta
